czwartek, 18 kwietnia 2019

Widma z miasta Breslau

Wędrując po świecie zdarzyło mi się, nawet więcej niż raz, być we Wrocławiu. Całkowicie subiektywnie i bez grama wstydu przyznam, że jest to według mnie najpiękniejsze - tak duże - miasto w Polsce. Co jest złośliwym chichotem ze strony historii, bo z polskością ma on tyle wspólnego, co ja z Górnym Śląskiem.

Czyli jest na doczepkę, ale bardzo się stara.


Niemniej, Wrocław, jako "niedzielna turystka", uwielbiam całym sercem. Zapewne mieszkając w nim na stałe moje uczucie szybko by ostygło i zaznałabym takich samych, jak wszędzie na świecie, nieszczęść i frustracji, bo miasto, mimo że piękne w swym historycznym rysie, to jednak ciasne, zaniedbane, nie zawsze dobrze zarządzane i ogólnie trudne. A że historię ma trudną szczególnie, to szczególne problemy się w nim pojawiają. No ale. Wrocław. Niech będzie, że jest wspaniały.

Z Wrocławiem wiąże się też inicjatywa Dwóch moich Znajomych Niewiast, o której już w wielu miejscach wspominałam. Inicjatywa zwie się Breslauerin i zajmuje się, najogólniej rzecz ujmując, geszefciarstwem. Jeśli jesteście kobietami (bądź macie pod ręką jakieś kobiety) i cenicie sobie wysokiej jakości odzież z minionych epok, możecie śmiało do Dziewczyn zajrzeć. Czyniąc długą historię krótką: jeżdżą po dziwnych miejscach, buszują, szukają, wydobywają, odnawiają, piorą, prasują (albo nie) i handlują odzieżą z lat... w zasadzie... z szeroko rozumianego XX wieku.  Bo i lata 20. i 80. się tam znajdą. O ile dobrze trafisz i żadna inna Żarłoczna Osoba nie sprzątnie Ci ich sprzed nosa. Warto być szybkim ;)

I warto podtrzymywać przyjaźnie, bo z przyjaźni rodzą się biznesy, a z biznesów - ładne zdjęcia. I tak też było tym razem, bo we Wrocławiu pojawiliśmy się w styczniu, starając się miło spędzić czas mimo obrzydliwie wręcz dokuczliwego mrozu.

A ponieważ mróz nie służy nikomu i niczemu - ani nam, ani ładnym, starym sukienkom - przepuściliśmy krótki szturm na jedną z Wrocławskich kawiarni, gdzie Tomasz raczył się grzanym cydrem (ja zresztą też), a Dziewczęta paradowały w aktualnie posiadanych vintage perełkach.

I wyszło jak wyszło ;)













Ugościł nas świetnie zaopatrzony Bistro Narożnik który polecamy zarówno głodnym, jak i spragnionym.

Pozowały Katarzyny: tutaj Pierwsza, a tu Druga

Chciałabym jeszcze coś mądrego powiedzieć o tych świetnych kieckach, ale kompletnie się na tym nie znam, więc odsyłam do bloga Katarzyny Drugiej, gdzie o czekoladowej sukience jest pokaźna notka :)  


I idźcie na zakupy do Breslauerin
Ja sobie bardzo chwalę

A jak nie na zakupy, to do wypożyczalni, która właśnie powstaje

Wrocławiu, było fajnie!


piątek, 12 kwietnia 2019

Kobieta w czerni

Przez bardzo długi czas unikałam pracy w studio. Nie do końca potrafię stwierdzić, dlaczego. Po części na pewno z tego powodu, iż studio - dobre studio, takie z retuszem high end - kojarzyło mi się ze zdjęciami zbyt idealnymi. I znów, nie mówię tu o poprawianiu modelki, odpicowaniu jej "na wysoki połysk" i zamiany w kompletnie inną osobę. Nie, raczej chodziło chyba o... nudę. Fotografia studyjna bardzo często jest czysta. Sterylna. Dopracowana technicznie pod każdym względem. Jest to zrozumiałe, bo studio to chyba jedyna okazja dla fotografa, żeby był Panem i Władcą pod każdym względem. Światło ustawiasz jak chcesz. Modelki nic nie rozprasza. Powtarzacie te same kadry, te same ujęcia, do skutku. Nikt nie narzeka na chłód, deszcz czy upał. Sesja przebiega szybko, sprawnie i perfekcyjnie. Krótka rozgrzewka i wiadomo, na co możemy sobie pozwolić, czego użyć i jaki materiał otrzymamy. Nie trzeba chodzić 40 minut po parku szukając ładnego krzaczka, ani angażować Blend-mana, żeby skakał we wszystkie strony i panował nad tym, co się dzieje. Tak, studio ma masę zalet. A jednocześnie... również masę wad.



Omijałam je bardzo długo, bo chyba go nie czułam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie, swoich koncepcji i swojej estetyki w tak "sterylnych" warunkach. Nie chodziło o same kwestie techniczne, bo można pracować przy świetle zastanym, można przy świetlówkach, a można z błyskiem. Jeszcze z ledami się da, ledy są spoko. Witz polegał na tym, że w studio jesteś Ty, jest modelka i jest... pusta ściana. Jednolita, zazwyczaj, bo możesz co prawda sprawić sobie fajne, kolorowe tło winylowe w ładne wzorki, ale to będzie wyglądało sztucznie. Co innego mieć "pracownię", albo cały "dom" do dyspozycji. Pięknie urządzony, pełen antyków, przestronny... tak... czymś takim absolutnie bym nie pogardziła ;) Ale znaleźć takie coś i mieć je na wyłączność to wyższa szkoła jazdy. Zawsze pozostaje wynajem apartamentu i tarzanie się w pościeli, ale... nie, to nie dla mnie. Już wolę "pustą ścianę" :D 

I zdarzyło się raz tak, że - wraz z kilkoma osobami - miałam zaplanowany nieźle zapowiadający się plener w jednym z podwarszawskich pałaców. Oczywiście, przerobionym na 1) hotel 2) spa 3) centrum biznesowe, ale wciąż będącego w jakimś tam stopniu pałacem. Dawało to nadzieję na naprawdę dobre i ciekawe zdjęcia, szczególnie, że w grę wchodziły stylizacje. 

Ale w nocy była burza, pałac stracił prąd i temat umarł w przeciągu kilku godzin. 

I problem. 

Osobiście było mi go bardzo szkoda. Pozostali uczestnicy wzruszyli ramionami, stwierdzili, że cóż, stało się, trudno, wracamy spać. A mi było szkoda. Bo jedna z Modelek, uczestniczących w tym projekcie, włożyła w to bardzo dużo pracy i wypożyczyła teatralne stroje. I tyle dobra miałoby się zmarnować? O nie. 

Także po szybkiej rozmowie udało mi się Modelkę ową, oraz jeszcze drugą Dziewczynę, ściągnąć do siebie. W nocy padało, więc plener nie wchodził w grę. Było zimno, brzydko, a stroje mogły się uszkodzić. Ale zrobić coś trzeba. Mam czarne tło, mam lampy i dobry softbox. Coś wymyślimy. 

I była to, tak naprawdę, moja pierwsza, poważna, lekko wymuszona, konfrontacja ze studiem, pisanym przez wielkie S. Ale, dziwnym losu zrządzeniem, konfrontacja szalenie udana. Bo mając do dyspozycji odpowiednie akcesoria, moje "studio" przestało być puste. Nagle piękne suknie zaczęły na tej gołej ścianie dobrze wyglądać. Oczywiście, miejsca było mało, koty przeszkadzały, a Tomasz złorzeczył, ale zdjęcia wyszły pięknie. OCZYWIŚCIE teraz jak na nie patrzę, widzę, jakie błędy popełniłam i co mogłam zrobić lepiej. Inaczej operować światłem, dać kontrę, albo dwie. Inaczej poprowadzić retusz (o wiele bardziej wymagający, niż plenerowy) i inaczej nałożyć filtry. Ale pomimo wszystkich tych rzeczy na minus, sesję do tej pory wspominam bardzo pozytywnie i bardzo się cieszę, że prądu w pałacu nie było :)

Modelką, która zorganizowała stroje, była Ultranebula.

I jakoś tak wyszło, że po kilku kolejnych naszych spotkaniach fotograficznych uznałyśmy, że wystarczy tych "ładnych sukienek" i skoro już wiemy, co się z czym je, czas spróbować czegoś innego.

I, jak zawsze z Joanną, ta sesja była dla mnie ogromną przyjemnością!










Tak, mogłam dać jeszcze kontrę ;) Ale trochę nie mam na nią miejsca. Przydałoby się ruszyć z projektem remontowym "10x4". Oby do urlopu! 
 

czwartek, 4 kwietnia 2019

Fioletowy kwiecień


Wiosenne porządki.

Ile razy już obiecywałam sobie, że zrobię porządek z tym blogiem i zacznę go regularnie prowadzić? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem za to, że wszystkiemu winne jest moje - bądź co bądź - niezorganizowanie domowe. A raczej ustalony schemat czasu wolnego, rytuały photoshopa oraz Czynności Koniecznych, aby przygotować się na następny dzień. Ot, po prostu, nie wystarcza mi weny, żeby do bloga usiąść. Bo jednak wypadałoby prócz zdjęć dać jakąś treść, a żeby treść powstała, musi być na nią - no właśnie - natchnienie. I o ile opisywanie na moim prywatnym facebooku codziennych perypetii idzie mi całkiem sprawnie (bo jakież to ja mam przygody, o matko!), to tutaj jakoś tak ciężko wspiąć się na wyżyny. 

Rzecz leży również w tym, że sama o sobie w interesujący sposób opowiadać... nie lubię. Dawno dawno temu, gdzieś na etapie szkoły średniej, brat mojej koleżanki dostał po łbie na lekcji języka polskiego. Bo oto, mając za zadanie "napisać wypracowanie o sobie..." zamknął się w kilku zdaniach głoszących, że o sobie piszą ci, którzy nic ciekawego na żaden inny temat powiedzieć nie potrafią. A on powiedzieć potrafi, więc o samym sobie pisać nie będzie.

No właśnie. Coś w tym jest.

Będąc fotografem i poznając nowe osoby nauczyłam się (tak mi się przynajmniej wydaje) dopasowywać do mojego interlokutora. Umiem być powściągliwa i delikatna, albo wygadana i głośna. Umiem porozumieć się z introwertyczną, niepewną siebie dziewczyną, jak i z wulkanem energii i pewności siebie. Umiem rozmawiać o codziennych, babskich sprawach, jak i sięgnąć do swojej wiedzy podręcznikowej, dotyczącej sztuki, historii czy literatury. Generalnie - umiem się dopasować. Ale - no właśnie - czym innym jest dopasowanie się, a czym innym kradzież całego show. Kraść nie umiem i nie lubię. Nie będę rozpychać się łokciami czy pchać przed szereg. Mam swój świat, w którym mi dobrze i w którym na nudę nie narzekam. Ale - no właśnie - jest w tym coś jeszcze...

Między innymi to, że - Bogiem a Prawdą - nigdy nie nauczyłam się tego, jak robi się PR. Nie umiem promować się tak, jak wymagają tego współczesne media. Pytać moich "followersów" czy wolą wiosnę, czy lato, pączki czy eklerki. Jaka jest wasza ulubiona pora dnia? Jaką książkę ostatnio przeczytaliście? I tak dalej. No nie umiem.

I cierpię przez to :D 

Także cóż. Kupiłam sobie kalendarz na biurko. Taki stojący, nieduży. W poszukiwaniu owego kalendarza byłam w trzech sklepach (w tym dwóch typowo papierniczych/biurowych). Okazuje się, że kupno kalendarza w kwietniu nie jest proste. A jeszcze takiego, jakiego potrzebuję. Organizera. Znajdą się jakieś ścienne z widoczkami gór albo z kotkami co najwyżej. No ale coś tam mam. Jest mało urodziwy i już na sklepowej półce wyglądał, na zmęczonego życiem (promocje, rabaty!), ale spełnia swoją funkcję. Ma nawet rozpiskę, kto kiedy obchodzi imieniny, więc spełnia swoją rolę doskonale. Brakuje tylko przepisów kulinarnych na drugiej stronie. Ale nic nigdy nie udaje się na sto procent.

Jest. Objawił się. Mam i stanął na biurku. 

Widzę go kątem oka. 

I będzie on moim mieczem damoklejskim. Będę żyć i funkcjonować wiedząc o jego istnieniu. A on - odpowiednio już przeze mnie zapełniony - będzie mi przypominał, że są rzeczy, przed którymi należy zgiąć kark. A jedną z tych rzeczy jest właśnie... ten blog. 

Tak, od dziś wprowadzamy nową rutynę. Nowy materiał raz w tygodniu. W czwartki. Bo tak wyszło z obliczeń. Trzymajcie za mnie kciuki ;) Bo może, prócz tych notek moich nieszczęsnych, z mojej Nowej Rutyny narodzi się też kilka innych, obiecujących projektów.

Także wiosna!

Przed obiektywem Valyen Songbird przy okazji naszego spotkania ubiegłoroczną Wielkanocą :)