piątek, 12 kwietnia 2019

Kobieta w czerni

Przez bardzo długi czas unikałam pracy w studio. Nie do końca potrafię stwierdzić, dlaczego. Po części na pewno z tego powodu, iż studio - dobre studio, takie z retuszem high end - kojarzyło mi się ze zdjęciami zbyt idealnymi. I znów, nie mówię tu o poprawianiu modelki, odpicowaniu jej "na wysoki połysk" i zamiany w kompletnie inną osobę. Nie, raczej chodziło chyba o... nudę. Fotografia studyjna bardzo często jest czysta. Sterylna. Dopracowana technicznie pod każdym względem. Jest to zrozumiałe, bo studio to chyba jedyna okazja dla fotografa, żeby był Panem i Władcą pod każdym względem. Światło ustawiasz jak chcesz. Modelki nic nie rozprasza. Powtarzacie te same kadry, te same ujęcia, do skutku. Nikt nie narzeka na chłód, deszcz czy upał. Sesja przebiega szybko, sprawnie i perfekcyjnie. Krótka rozgrzewka i wiadomo, na co możemy sobie pozwolić, czego użyć i jaki materiał otrzymamy. Nie trzeba chodzić 40 minut po parku szukając ładnego krzaczka, ani angażować Blend-mana, żeby skakał we wszystkie strony i panował nad tym, co się dzieje. Tak, studio ma masę zalet. A jednocześnie... również masę wad.



Omijałam je bardzo długo, bo chyba go nie czułam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie, swoich koncepcji i swojej estetyki w tak "sterylnych" warunkach. Nie chodziło o same kwestie techniczne, bo można pracować przy świetle zastanym, można przy świetlówkach, a można z błyskiem. Jeszcze z ledami się da, ledy są spoko. Witz polegał na tym, że w studio jesteś Ty, jest modelka i jest... pusta ściana. Jednolita, zazwyczaj, bo możesz co prawda sprawić sobie fajne, kolorowe tło winylowe w ładne wzorki, ale to będzie wyglądało sztucznie. Co innego mieć "pracownię", albo cały "dom" do dyspozycji. Pięknie urządzony, pełen antyków, przestronny... tak... czymś takim absolutnie bym nie pogardziła ;) Ale znaleźć takie coś i mieć je na wyłączność to wyższa szkoła jazdy. Zawsze pozostaje wynajem apartamentu i tarzanie się w pościeli, ale... nie, to nie dla mnie. Już wolę "pustą ścianę" :D 

I zdarzyło się raz tak, że - wraz z kilkoma osobami - miałam zaplanowany nieźle zapowiadający się plener w jednym z podwarszawskich pałaców. Oczywiście, przerobionym na 1) hotel 2) spa 3) centrum biznesowe, ale wciąż będącego w jakimś tam stopniu pałacem. Dawało to nadzieję na naprawdę dobre i ciekawe zdjęcia, szczególnie, że w grę wchodziły stylizacje. 

Ale w nocy była burza, pałac stracił prąd i temat umarł w przeciągu kilku godzin. 

I problem. 

Osobiście było mi go bardzo szkoda. Pozostali uczestnicy wzruszyli ramionami, stwierdzili, że cóż, stało się, trudno, wracamy spać. A mi było szkoda. Bo jedna z Modelek, uczestniczących w tym projekcie, włożyła w to bardzo dużo pracy i wypożyczyła teatralne stroje. I tyle dobra miałoby się zmarnować? O nie. 

Także po szybkiej rozmowie udało mi się Modelkę ową, oraz jeszcze drugą Dziewczynę, ściągnąć do siebie. W nocy padało, więc plener nie wchodził w grę. Było zimno, brzydko, a stroje mogły się uszkodzić. Ale zrobić coś trzeba. Mam czarne tło, mam lampy i dobry softbox. Coś wymyślimy. 

I była to, tak naprawdę, moja pierwsza, poważna, lekko wymuszona, konfrontacja ze studiem, pisanym przez wielkie S. Ale, dziwnym losu zrządzeniem, konfrontacja szalenie udana. Bo mając do dyspozycji odpowiednie akcesoria, moje "studio" przestało być puste. Nagle piękne suknie zaczęły na tej gołej ścianie dobrze wyglądać. Oczywiście, miejsca było mało, koty przeszkadzały, a Tomasz złorzeczył, ale zdjęcia wyszły pięknie. OCZYWIŚCIE teraz jak na nie patrzę, widzę, jakie błędy popełniłam i co mogłam zrobić lepiej. Inaczej operować światłem, dać kontrę, albo dwie. Inaczej poprowadzić retusz (o wiele bardziej wymagający, niż plenerowy) i inaczej nałożyć filtry. Ale pomimo wszystkich tych rzeczy na minus, sesję do tej pory wspominam bardzo pozytywnie i bardzo się cieszę, że prądu w pałacu nie było :)

Modelką, która zorganizowała stroje, była Ultranebula.

I jakoś tak wyszło, że po kilku kolejnych naszych spotkaniach fotograficznych uznałyśmy, że wystarczy tych "ładnych sukienek" i skoro już wiemy, co się z czym je, czas spróbować czegoś innego.

I, jak zawsze z Joanną, ta sesja była dla mnie ogromną przyjemnością!










Tak, mogłam dać jeszcze kontrę ;) Ale trochę nie mam na nią miejsca. Przydałoby się ruszyć z projektem remontowym "10x4". Oby do urlopu! 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz