Wiosenne porządki.
Ile razy już obiecywałam sobie, że zrobię porządek z tym blogiem i zacznę go regularnie prowadzić? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem za to, że wszystkiemu winne jest moje - bądź co bądź - niezorganizowanie domowe. A raczej ustalony schemat czasu wolnego, rytuały photoshopa oraz Czynności Koniecznych, aby przygotować się na następny dzień. Ot, po prostu, nie wystarcza mi weny, żeby do bloga usiąść. Bo jednak wypadałoby prócz zdjęć dać jakąś treść, a żeby treść powstała, musi być na nią - no właśnie - natchnienie. I o ile opisywanie na moim prywatnym facebooku codziennych perypetii idzie mi całkiem sprawnie (bo jakież to ja mam przygody, o matko!), to tutaj jakoś tak ciężko wspiąć się na wyżyny.
Rzecz leży również w tym, że sama o sobie w interesujący sposób opowiadać... nie lubię. Dawno dawno temu, gdzieś na etapie szkoły średniej, brat mojej koleżanki dostał po łbie na lekcji języka polskiego. Bo oto, mając za zadanie "napisać wypracowanie o sobie..." zamknął się w kilku zdaniach głoszących, że o sobie piszą ci, którzy nic ciekawego na żaden inny temat powiedzieć nie potrafią. A on powiedzieć potrafi, więc o samym sobie pisać nie będzie.
No właśnie. Coś w tym jest.
Będąc fotografem i poznając nowe osoby nauczyłam się (tak mi się przynajmniej wydaje) dopasowywać do mojego interlokutora. Umiem być powściągliwa i delikatna, albo wygadana i głośna. Umiem porozumieć się z introwertyczną, niepewną siebie dziewczyną, jak i z wulkanem energii i pewności siebie. Umiem rozmawiać o codziennych, babskich sprawach, jak i sięgnąć do swojej wiedzy podręcznikowej, dotyczącej sztuki, historii czy literatury. Generalnie - umiem się dopasować. Ale - no właśnie - czym innym jest dopasowanie się, a czym innym kradzież całego show. Kraść nie umiem i nie lubię. Nie będę rozpychać się łokciami czy pchać przed szereg. Mam swój świat, w którym mi dobrze i w którym na nudę nie narzekam. Ale - no właśnie - jest w tym coś jeszcze...
Między innymi to, że - Bogiem a Prawdą - nigdy nie nauczyłam się tego, jak robi się PR. Nie umiem promować się tak, jak wymagają tego współczesne media. Pytać moich "followersów" czy wolą wiosnę, czy lato, pączki czy eklerki. Jaka jest wasza ulubiona pora dnia? Jaką książkę ostatnio przeczytaliście? I tak dalej. No nie umiem.
I cierpię przez to :D
Także cóż. Kupiłam sobie kalendarz na biurko. Taki stojący, nieduży. W poszukiwaniu owego kalendarza byłam w trzech sklepach (w tym dwóch typowo papierniczych/biurowych). Okazuje się, że kupno kalendarza w kwietniu nie jest proste. A jeszcze takiego, jakiego potrzebuję. Organizera. Znajdą się jakieś ścienne z widoczkami gór albo z kotkami co najwyżej. No ale coś tam mam. Jest mało urodziwy i już na sklepowej półce wyglądał, na zmęczonego życiem (promocje, rabaty!), ale spełnia swoją funkcję. Ma nawet rozpiskę, kto kiedy obchodzi imieniny, więc spełnia swoją rolę doskonale. Brakuje tylko przepisów kulinarnych na drugiej stronie. Ale nic nigdy nie udaje się na sto procent.
Jest. Objawił się. Mam i stanął na biurku.
Widzę go kątem oka.
I będzie on moim mieczem damoklejskim. Będę żyć i funkcjonować wiedząc o jego istnieniu. A on - odpowiednio już przeze mnie zapełniony - będzie mi przypominał, że są rzeczy, przed którymi należy zgiąć kark. A jedną z tych rzeczy jest właśnie... ten blog.
Tak, od dziś wprowadzamy nową rutynę. Nowy materiał raz w tygodniu. W czwartki. Bo tak wyszło z obliczeń. Trzymajcie za mnie kciuki ;) Bo może, prócz tych notek moich nieszczęsnych, z mojej Nowej Rutyny narodzi się też kilka innych, obiecujących projektów.
Także wiosna!
Przed obiektywem Valyen Songbird przy okazji naszego spotkania ubiegłoroczną Wielkanocą :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz