niedziela, 29 marca 2015

Red Carpet


Ostatnimi czasy, planując sesje, coraz częściej uciekam z "Warszawy". Nie są to ucieczki na kraniec świata, a jedynie na przedmieścia mniej bądź bardziej odległe, ale warszawska plenerowa zieleń coraz bardziej nuży mnie i męczy. Owszem, jest wygodna i dogodna zarówno dla mnie, jak i dla modelek, ale ileż to można pastwić się nad Łazienkami Królewskimi (hm... w poprzednim roku jakieś sześć razy...) albo Wilanowem? Co prawda są sytuacje, w których "Warszawa" jest wskazana, bo do Sasa czy na Pola Mokotowskie dojechać jest najprościej, ale coraz bardziej czuję przesyt tych okolic. Inna rzecz, że nauczona doświadczeniem, wiem, że nieraz wystarczy przysłowiowy "kawałek krzaczka" i że tak samo jak nocą wszystkie koty są czarne, tak i za dnia cóż to za różnica, czy krzaczek rośnie w Śródmieściu, czy gdzieś na Kaszubach, ale jednak trochę mi się Warszawa przejadła. Przynajmniej ta plenerowa, toteż już kilka razy udało mi się - pozostając w rejonach cywilizacji - uciec gdzieś dalej, zapraszając modelki czy to w moje rodzinne okolice, czy na inne zachodnie przedmieścia, jak Pruszków, Pęcice, czy Ożarów. I dziwnym losu zrządzeniem, mimo że te okolice również znam jak własną kieszeń, a krzaczki faktycznie wszędzie te same, jakoś lepiej mi się pracuje na spokojnym odludziu, niż w wielkomiejskiej dżungli, gdzie liczba spacerowiczów na metr kwadratowy osiąga liczbę miliarda (szczególnie w weekend), gdzieś w tle przejeżdżają rowerzyści i autobusy, albo gdzie trzeba ustawiać się tak, żeby zaparkowany rząd aut nie wchodził w kadr, a i latarnie czy wysokie budynki nie psuły niewinnej atmosfery. 

Tak, warszawskich parków mam trochę dość.
Co innego warszawskich wnętrz, których listę mam spisaną i która czeka na konfrontację z rzeczywistością ;) Szczególnie nęci mnie Praga, co niespecjalnie powinno dziwić, bo to jedyna dzielnica, która woła do mnie głosem miast GOPu i która nie zatraciła jeszcze całkiem swojego "starego klimatu" (choć jednocześnie jest dzielnicą szalenie modną).

I tak oto, późnozimową porą, mając nadzieję na "niewymagający plener w centrum", który okazał się całkiem sympatyczny, lecz lekko przewidywalny i nużący, byłyśmy już niemalże gotowe z Ewą dać sobie spokój i zamiast męczyć się z wiatrem i morderczą temperaturą poniżej zera, pójść ogrzać się przy piwie bądź czymkolwiek, co będzie ciepłe. I tak oto, opuszczając park (nie powiem jaki ;)) i kierując się do znajomej knajpy, natrafiłyśmy na otwartą bramę do jednej z kamienic. A w bramie, na otwarte drzwi. A za drzwiami... na bardzo kuszącą, elegancką i czystą klatkę schodową. I mimo że nie byłam przygotowana na zdjęcia we wnętrzu (ograniczone pod względem iso d90 i blenda), metodą prób i błędów - rozkoszując się faktem, że wreszcie można zdjąć czapki - popełniłyśmy kilka portretów, wzbudzając szczere zainteresowanie pracowników lokalnych firm.

Lecz z drugiej strony - ileż to razy w życiu ma się okazję występować na czerwonym dywanie? :D Jak tu się oprzeć!









***
modelka, stylizacja, make up: Lady Sariel

środa, 25 marca 2015

* HANDMADE - ODCINEK II: KOKOSZNIK *

Pozostając w tematyce twórczej.

W tym sezonie postanowiłam, że dołożę do swojej sesyjnej garderoby kilka dodatków, na które polowałam od dłuższego czasu i które gdzieś mi zawsze umykały. Zdobyłam dwie koronkowe parasolki (czerwoną i białą), kilka pięknych biżuteryjnych drobiazgów oraz - co szczególnie napawa mnie młodzieńczą dumą - sama zaczęłam "tworzyć". Pozwoliłam sobie ująć to słowo w cudzysłów, ponieważ moje "twórstwo" swoim poziomem pozostaje mniej więcej w pierwszej, no... drugiej klasie podstawówki, a powstaje tylko po to, żeby wyglądać. Ładnie wyglądać i nie rozpadać się w dłoniach. I jeśli te dwa warunki zostają spełnione, niczego więcej na teraz nie potrzebuję :)


A więc, odcinek drugi moich zmagań z igłą, nitką oraz różnymi okołotematycznymi elementami. Tym razem wzięłam na cel kokosznik, czyli specyficzne, bogato dekorowane nakrycie głowy, które kojarzy się z kulturą rosyjską/wschodnią. Nad tym tematem muszę się pochylić ambitniej i zajrzeć przy którejś okazji do literatury, bo polskim internetom w zakresie definicji słownikowych nie bardzo wierzę. Molom książkowym polecam niektóre publikacje profesor Anny Sieradzkiej (np. "Żony modne"), natomiast zjadaczy chleba wirtualnego odsyłam w tym miejscu do kokosznikowej notatki na The Russian Fashion Blog



Przejdźmy do sedna. Mój kokosznik powstawał z przerwami, bo żeby odczuwać przyjemność z nawlekania igły muszę mieć naprawdę specyficzny nastrój. Na budowanie owego nastroju złożył się szereg czynników. Obserwowanie rozgrywki w Amnesia The Dark Descent (wcale nie było strasznie), picie bourbona (Kenneth Donnelly zauważył, że Illusive Man też w bourbonie gustuje), słuchanie dywagacji kasztelana zamku Chojnik oraz z leksza kontrowersyjnego pod kątem treści, ale pięknie snującego się utworu Lany del Rey, którego - szczerze mówiąc - wciąż w kółko słucham. W tym czasie elementy kokosznikowe leżały rozgrzebane po całym pokoju, koraliki regularnie wciągałam odkurzaczem, a kolejne pary nożyczek były coraz trudniejsze do zlokalizowania. W końcu jednak powstał i prezentuje się...  "zadowalająco". Bojąc się porażki nie inwestowałam w żadne dekoracje, a jedynie udałam się na żer do moich matek i babć, wychodząc z założenia, że na pewno chomikują gdzieś jakieś zbędne koraliki, kupione albo otrzymane w prezencie w ramach "błędów młodości", przetarte, zniszczone, albo po prostu nie pasujące już do looku statecznych matron ;) Do tego trochę koronki, stare firanki, jakiś zniszczony obrus... i poszło. Jako taki wykonany jest z filcu o grubości 4 mm, a w środku (można do niego "zajrzeć") usztywniałam go rozmaitymi ingrediencjami, ponieważ z ładunkiem perełek filc nie byłby wystarczająco stabilny. Długo też rozważałam "jak" fizycznie zamocować go na głowie, żeby nie uciekał i się nie przewracał. Konstrukcja jest za ciężka i jednak zbyt porządna, żeby trzymać się na wsuwki, a mocowanie do oddzielnej opaski byłoby kłopotliwe. Ten problem rozwiązał się jednak sam w chwili, w której całe kokosznikowe bebechy zakryłam drugim plastrem filcu - dzięki czemu powstał swoisty worek/kieszonka. Ponieważ kokosznik jest dość spory, naciągnięcie go na czubek głowy (bo nie nosi się go jak zimowej czapki) nie odkształca zdobień ani nie powoduje niebezpiecznych napięć nitek. A więc mam kokosznikową kieszonkę.

Na głowę. 










Mniej więcej. Najważniejsze, że się trzyma.



...nie zapeszając, został mi jeszcze jeden, niewykorzystany kupon filcu, z którego co prawda tak dużej bestii nie stworzę, ale coś mniejszego, o prostszym kształcie, powinno wyjść :) 

Ale to następnym razem. Chwilowo muszę wrócić do piętrzącego się materiału z ostatnich sesji.

Bo przecież wiosna ;)

piątek, 20 marca 2015

Przebiśniegi

Po zimie, której tak naprawdę w tym sezonie nie było, dotarła już chyba wiosna. Dotarła i już zostanie. Przy okazji przyniosła ze sobą post-zimowy niedosyt, bo jakże to tak, że śniegu na naszej szerokości geograficznej było jak na lekarstwo, o temperaturach bardzo minusowych nie wspominając. Nie, żebym była stworzeniem zimolubnym, bo jakoś nie dostaję gęsiej skórki na widok pocztówki z zimowego kurortu narciarskiego, "no ale no". Jak to tak. Gdzie ta zima. Gdzie ten śnieg.
Halo. Proszę pana. 

A więc - wiosna. 
Miłe słońce, pierwsze kurtuazyjne "dzień dobry" w stronę śpiącego w garażu roweru, pierwsze zasznurowanie lekkich butów oraz wiosennej garderoby. Bo śpiewając o tym, że Polacy mają depresję z powodu braku słońca, Kazik miał sporo racji. Wiosnę już czuć. 

A więc - wiosna. 
Nie. Stop. Nie zgadzam się. Protestuję. Protestuję głośno i wyraźnie, ponieważ nie podzieliłam się jeszcze (wiosenne rozleniwienie w pełni) tutaj pełnym materiałem z sesji z Aleksandrą. Sesji zimowej, wykonanej na początku lutego. Nad zamarzniętym jeziorem - warszawskim Stawem Koziorożca, który niezmiennie urzeka mnie swoją nazwą. W ostatnich promieniach uciekającego słońca. 

Do zakochania! 
Nawet po tym, jak słońce już nas pożegnało na dobre :)












***
modelka, wizaż, stylizacja: Aleksandra Kilczewska - Apsara
fotografie: Agnieszka Młynarczyk - Frustra ;)  

wtorek, 3 marca 2015

Dama z Breslau

Pozostając myślami we Wrocławiu - tym razem bardziej tematyczna jego odsłona, a w niej kolejna kobieta, którą miałam okazję wyciągnąć przed obiektyw :)

Czasem wydaje mi się, że świat jest strasznie mały. Rozmawiając ze znajomymi (również tymi "starymi" ze szkoły jednej bądź drugiej), można dojść nieraz do wniosku, że obecnie wszyscy wszystkich znają. Albo jeśli nie znają, to kojarzą. A nawet jeśli i to zawodzi, a nowo poznane osoby się skojarzyć nie chcą, to po kilku słowach okazuje się, że tak po prawdzie to zajmujemy się w życiu tym samym, mamy podobne zainteresowania, w te same rejony nas ciągnie i tak dalej. "Cóż za przypadek!".




A więc tym razem - styczniowa sesja z Kasią. Wykonana podczas naszej wizyty w Festung Breslau, w niedzielny, leniwy poranek, kiedy chmury na niebie były dyfuzorem idealnym, a ja znów, w równie rozleniwionym nastroju, przyszłam na gotowe. Kasia, siedząc głęboko w tematyce loliciej, vintage oraz retro, sama wszystko przygotowała (za ten płaszcz wciąż mam ochotę ją udusić!!), a do tego przyprowadziła ze sobą towarzyszkę, więc nawet miał kto przytrzymać blendę. Bo Tomasz został spać. Swoją drogą dopracowany look, jaki zaprezentowała Kasia, pozwolił nam zrobić niemalże dwie sesje za jednym zamachem, bo zarówno zielona sukienka, jak i kosmicznie cudowny czerwony płaszcz, wykorzystałyśmy i oddzielnie, i w połączeniu. Zresztą zimowa pora nie sprzyjała zbytnio plenerowym sukienkom, więc nie dość, że wszystko się zgrało i dobrze wyglądało, to i oszczędziło Kasi temperaturowego dyskomfortu... przynajmniej w małym stopniu ;)





Z Kasią (Kasiami, jak się okazało) umówiłam się w znajdującym się niedaleko rynku barokowym ogrodzie Ossolińskich, który - całe szczęście - okazał się zupełnie pusty. Biorąc pod uwagę, że spotkałyśmy się przed południem w niedzielę, zakładam że wrocławscy turyści byli zajęci sobą, a Wrocławianie skupiali się w kościołach. I bardzo dobrze :) Do gapiów, komentarzy oraz niemieckich wycieczek już dawno się przyzwyczaiłam, ale jednak lubię mieć spokój. Próbowałyśmy też dostać się na wewnętrzny dziedziniec Zakładu Ossolińskich, ale tutaj poniosłyśmy klęskę, bo w niedzielę był on zamknięty na cztery spusty. Co w zasadzie nie dziwi, bo pokażcie mi studenta, który w niedzielę, o 10 rano, dobijałby się do biblioteki... :)





***
modelka, stylizacja, fryzura: Kasia - Poli-Loli (zajrzyjcie do niej na bloga koniecznie!)
fotografie: Agnieszka "Frustra" Młynarczyk