Ostatnimi czasy, planując sesje, coraz częściej uciekam z "Warszawy". Nie są to ucieczki na kraniec świata, a jedynie na przedmieścia mniej bądź bardziej odległe, ale warszawska plenerowa zieleń coraz bardziej nuży mnie i męczy. Owszem, jest wygodna i dogodna zarówno dla mnie, jak i dla modelek, ale ileż to można pastwić się nad Łazienkami Królewskimi (hm... w poprzednim roku jakieś sześć razy...) albo Wilanowem? Co prawda są sytuacje, w których "Warszawa" jest wskazana, bo do Sasa czy na Pola Mokotowskie dojechać jest najprościej, ale coraz bardziej czuję przesyt tych okolic. Inna rzecz, że nauczona doświadczeniem, wiem, że nieraz wystarczy przysłowiowy "kawałek krzaczka" i że tak samo jak nocą wszystkie koty są czarne, tak i za dnia cóż to za różnica, czy krzaczek rośnie w Śródmieściu, czy gdzieś na Kaszubach, ale jednak trochę mi się Warszawa przejadła. Przynajmniej ta plenerowa, toteż już kilka razy udało mi się - pozostając w rejonach cywilizacji - uciec gdzieś dalej, zapraszając modelki czy to w moje rodzinne okolice, czy na inne zachodnie przedmieścia, jak Pruszków, Pęcice, czy Ożarów. I dziwnym losu zrządzeniem, mimo że te okolice również znam jak własną kieszeń, a krzaczki faktycznie wszędzie te same, jakoś lepiej mi się pracuje na spokojnym odludziu, niż w wielkomiejskiej dżungli, gdzie liczba spacerowiczów na metr kwadratowy osiąga liczbę miliarda (szczególnie w weekend), gdzieś w tle przejeżdżają rowerzyści i autobusy, albo gdzie trzeba ustawiać się tak, żeby zaparkowany rząd aut nie wchodził w kadr, a i latarnie czy wysokie budynki nie psuły niewinnej atmosfery.
Tak, warszawskich parków mam trochę dość.
Co innego warszawskich wnętrz, których listę mam spisaną i która czeka na konfrontację z rzeczywistością ;) Szczególnie nęci mnie Praga, co niespecjalnie powinno dziwić, bo to jedyna dzielnica, która woła do mnie głosem miast GOPu i która nie zatraciła jeszcze całkiem swojego "starego klimatu" (choć jednocześnie jest dzielnicą szalenie modną).
I tak oto, późnozimową porą, mając nadzieję na "niewymagający plener w centrum", który okazał się całkiem sympatyczny, lecz lekko przewidywalny i nużący, byłyśmy już niemalże gotowe z Ewą dać sobie spokój i zamiast męczyć się z wiatrem i morderczą temperaturą poniżej zera, pójść ogrzać się przy piwie bądź czymkolwiek, co będzie ciepłe. I tak oto, opuszczając park (nie powiem jaki ;)) i kierując się do znajomej knajpy, natrafiłyśmy na otwartą bramę do jednej z kamienic. A w bramie, na otwarte drzwi. A za drzwiami... na bardzo kuszącą, elegancką i czystą klatkę schodową. I mimo że nie byłam przygotowana na zdjęcia we wnętrzu (ograniczone pod względem iso d90 i blenda), metodą prób i błędów - rozkoszując się faktem, że wreszcie można zdjąć czapki - popełniłyśmy kilka portretów, wzbudzając szczere zainteresowanie pracowników lokalnych firm.
Lecz z drugiej strony - ileż to razy w życiu ma się okazję występować na czerwonym dywanie? :D Jak tu się oprzeć!
***
modelka, stylizacja, make up: Lady Sariel
foto: Agnieszka Młynarczyk
















.png)
























