Po zimie, której tak naprawdę w tym sezonie nie było, dotarła już chyba wiosna. Dotarła i już zostanie. Przy okazji przyniosła ze sobą post-zimowy niedosyt, bo jakże to tak, że śniegu na naszej szerokości geograficznej było jak na lekarstwo, o temperaturach bardzo minusowych nie wspominając. Nie, żebym była stworzeniem zimolubnym, bo jakoś nie dostaję gęsiej skórki na widok pocztówki z zimowego kurortu narciarskiego, "no ale no". Jak to tak. Gdzie ta zima. Gdzie ten śnieg.
Halo. Proszę pana.
A więc - wiosna.
Miłe słońce, pierwsze kurtuazyjne "dzień dobry" w stronę śpiącego w garażu roweru, pierwsze zasznurowanie lekkich butów oraz wiosennej garderoby. Bo śpiewając o tym, że Polacy mają depresję z powodu braku słońca, Kazik miał sporo racji. Wiosnę już czuć.
A więc - wiosna.
Nie. Stop. Nie zgadzam się. Protestuję. Protestuję głośno i wyraźnie, ponieważ nie podzieliłam się jeszcze (wiosenne rozleniwienie w pełni) tutaj pełnym materiałem z sesji z Aleksandrą. Sesji zimowej, wykonanej na początku lutego. Nad zamarzniętym jeziorem - warszawskim Stawem Koziorożca, który niezmiennie urzeka mnie swoją nazwą. W ostatnich promieniach uciekającego słońca.
Do zakochania!
Nawet po tym, jak słońce już nas pożegnało na dobre :)
***
modelka, wizaż, stylizacja: Aleksandra Kilczewska - Apsara
fotografie: Agnieszka Młynarczyk - Frustra ;)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz