niedziela, 10 kwietnia 2016

Warszawski Festiwal Piwa 2016

Czyli ponownie na szlaku. 


Uważam, że picie alkoholu to dobry pretekst, żeby strzepnąć kurz, osadzający się od dłuższego czasu na tymże oto blogu. Kurz, który zaczął się gromadzić latem ubiegłego roku, wykorzystując podstępnie fakt, iż moje zobowiązania zawodowe wkroczyły na nowy grunt, generujący m.in. potrzebę przynoszenia pracy do domu i spędzania o wiele mniej czasu z aparatem, za to więcej z grafiką wektorową. Toteż tak oto, leżało to i gniło. Bo mimo że czas na fotografię miałam i na szczęście wciąż mam, o tyle materiały sesyjne leżakują u mnie trochę dłużej, a też nie mogę sobie pozwolić na kilkanaście, jak wcześniej, projektów indywidualnych w ciągu miesiąca, a jedynie na kilka (za to skrupulatniej przemyślane i wymarzone w szczegółach wychodzą w ostatecznym rozrachunku, lepiej niż "masowa produkcja" ;)). A nawet jak już sobie na nie pozwolę, to potem nie mam zbyt wielkiego parcia, żeby aktualizować wszelakie social media. Taki leń, no ale cóż zrobić. Skręcać nowo zakupione kuchenne meble...

Aczkolwiek myślę, że do tematu można wrócić. Może nie jutro i nie z impetem, ale jednak, metodą małych kroczków. Takich samych, jakimi drepczę coraz głębiej w las zwany krainą piw rzemieślniczych, coraz sprawniej odnajdując się w stylach i aromatach, doceniając Rzeczy Dobre oraz przyznając piwnym mędrcom rację w momencie, w którym siedząc w bezrękawnikach z doklejonymi z filcu wąsami głoszą oni, że "to piwo dobre to nie jest". Nie doklejam sobie wąsa, a bezrękawników raczej unikam, ale ok. Faktycznie, Panowie, dajcie coś lepszego ;) 

A więc jedźmy z tematem. Świeżo po powrocie z zakończonego wczoraj WFP nr 4, zgodnie z tradycją odbywającego się na warszawskim stadionie Legii. Zgodnie z tradycją obfitującego w radosną konsumpcję alkoholu i mięsa, oferującego przekrój przez smaki, których próżno szukać w osiedlowych sklepikach. Tym razem udało się nam poświęcić na Festiwal dwa dni i to "na bogato", przyjeżdżając wcześnie, a wychodząc późno. Dołączając do tego znajome twarze (znane oraz dopiero co poznane) oraz silną potrzebę wydania świeżo ulokowanej na koncie wypłaty, rzec należy, ze było dobrze. 




























Generalnie dwie sprawy. No, trzy. Po pierwsze, zdecydowanie bardziej lubię imprezy gdzie widać, że coś się dzieje. Wydawać się może, że z edycji na edycję wybór asortymentu się powiększa, a ludzie, którzy pojawiają się na Legii, coraz lepiej wiedzą, czego chcą. Coraz częściej można podzielić się uwagami, które coś wnoszą, a nie tylko są dziecięcym zachwytem nad goryczą, wykręcającą pysk. Jest bogato, różnorodnie i ciekawie. Tematyczne wykłady (otwarte) wnoszą sporo kontentu, przy okazji zgrabnie łącząc problematykę skomplikowanej terminologii i procesów fizykochemicznych z formą "dla ludu", gdzie niekoniecznie każdy słuchacz wie, za co odpowiada L-karnityna czy teobromina (ok, zła branża...). Gdzie piwowarzy nie są już mitycznymi jednorożcami, będącymi kompletnie poza zasięgiem, a okazują się fantastycznymi, otwartymi gośćmi, służącymi nie tylko wysublimowaną poradą oraz mentorskim tonem, ale potrafiącym pokazać swoje ludzkie oblicze. Gdzie można porozmawiać nie tylko o Bardzo Trudno Dostępnym Chmielu, użytym w piwie X, ale też o zegarku, który Twój ojciec przekazał mi dawno dawno temu, czy o wyższości owczego lotnictwa. Gdzie można skosztować większej ilości ciemnych piw, a nie tylko bazować na pachnących grejpfrutami paskudztwach, których wolę unikać szerokim łukiem ;) I choć tłum ludzi w godzinach wieczornych zaczyna osiągać masę krytyczną, piwo się kończy, a kolejki wydłużają, atmosfera dopisuje na tyle, że ochlapana przypadkowo na trybunach kurtka dzielnie znosi przepuszczane na nią piwne szturmy, bo przecież "na takiej imprezie trzeba się z tym liczyć". 

W ogólnym rozrachunku na największy plus liczy się to, że ja, będąc, bądź co bądź, ledwie opierzonym neofitą, nie czuję się w tym miejscu "nie-na-miejscu". Że jest to impreza otwarta pod każdym względem, gdzie nie trzeba chować się po kątach, ani podpierać ściany, jeśli nasze dotychczasowe piwne doświadczenia koncentrują się raczej na tym, co znaleźć można w Biedronce czy Tesco. Za każdym razem, niezależnie od zakresu/tematyki, istnieje niebezpieczeństwo, że człowiek nie obeznany wyjdzie ze spotkania jedynie z jeszcze większym mętlikiem w głowie, tudzież zrazi się do tematu. Tymczasem, jeśli chodzi w zasadzie o każdy piwny festiwal, na którym udało mi się pojawić (nie tylko warszawski) z otuchą na sercu doświadcza się wrażenia, że te Wrony kraczą w sposób bardzo komunikatywny, diabeł nie taki straszny, a tak w ogóle to "chodź, coś Ci pokażę...". I to chyba liczy się najbardziej, bo każda rewolucja, żeby się powiodła, musi porwać za sobą masy, a żeby na samym końcu nie stracić własnej głowy na gilotynie, masy te muszą być zadowolone. I pomijając już fakt, że krążący w krwioobiegu alkohol zdecydowanie ułatwia utrzymanie błogostanu, piwna rewolucja, z każdym kolejnym festiwalem nabierająca rozpędu niczym mały parowóz, toczy się w sposób o tyle przystępny, że gawiedź, zachęcona aromatem i smakiem, zostaje na dłużej. W efekcie ilość knajp, gdzie można spędzić sympatyczny wieczór, zwiększa się, publika jest bardziej otwarta, a amplituda wieku uczestników piwnych eventów oscyluje w granicach 60, zamiast 20. Bo widok rodziców z bardzo małymi dziećmi, bądź koneserów-emerytów, nikogo już nie zaskakuje, a wręcz cieszy, bo nawet jeśli dzielą dekady bądź poglądy, to zawsze jest ten jeden temat-rzeka, który można wspólnie poruszyć ;)

Jest jednak kilka rzeczy, które zaskoczyło mnie bardziej negatywnie, niż pozytywnie. M.in. propozycja od Redena, która tym razem kompletnie rozminęła się z gustem moich kubków smakowych, choć to rzecz jasna jedynie subiektywne odczucie. Ze smutkiem przyjęłam też brak browaru Kraftwerk oraz stoiska kosmetyków piwnych Saela, bo przecież kobieta też chciałaby po cichu liczyć na coś więcej, niż piwo z sokiem. Nie do końca też przekonała mnie powielona formą aplikacja mobilna festiwalu, która prócz fajnego dizajnu raczej była niewygodna w obsłudze i aż nadto intuicyjna. Szkoda też, że nie miała swojej windowsowej wersji, choć akurat to nie dziwi. Niemniej jednak - warto było wyjąć dwa dni z życiorysu. Zdecydowanie!

Nie żeby coś, ale w pierwszej połowie maja w Katowicach będzie miała miejsce druga edycja Silesia Beer Fest. W Szybie Wilson. Tak tylko mówię.

A teraz idę usiąść na poważnie przy Lightroomie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz