Ostatnio zauważyłam ze szczerym zdziwieniem, że mój osobisty Instagram w coraz większym stopniu zalewany jest piwem
(piszę tutaj "osobisty" ponieważ założyłam też jakiś czas temu konto zawierające stricte fotografie portretowe mojego autorstwa, choć może nie poświęcam mu aż tyle uwagi, ile domaga się współczesne budowanie marki).
I o ile media społecznościowe i wszelkie możliwe aplikacje traktuję bardzo wybiórczo i momentami per noga, to ów Instagram bardzo lubię. Tylko że o ile dotychczas jego tak zwany kontent był w moim przypadku bardzo zróżnicowany i składały się na niego głównie Pierdoły (ani ze mnie przykładowo tematyczny bloger kulinarny, ani selfiarz, ani miłośnik nostalgicznych, zamkniętych w kwadrat, miejskich widoczków), tak teraz dziwnie często pojawiają się tam zdjęcia piwne. Ba, w trosce o jakość (wszak Samsung ace ileśtam-nie-ten-najnowszy zbyt pro nie jest), zdarzyło mi się nawet parę razy zrzucić na telefon zdjęcia aparatowe i wyfotoszopowane, żeby później urżnąć z nich socialmediowy kwadracik - co w ogóle uznaję w wielu przypadkach za szczyt przesady, zgodnie z hasłem "mi tam by się nie chciało...". I, tak szczerze powiedziawszy, obwiniam za cały ten bałagan i zmianę nawyków głównie Tomasza, który płynąc do góry zadowolonym brzuchem z całą tą, coraz szerszą falą nowomodnego piwowarstwa, i mnie zaraził podświadomą chęcią do relaksowania się przy kuflu czegoś o bogatszym aromacie i smaku, niż wyciągnięte z lodówki Tyskie.
Choć miód pitny i tak jest na pierwszym miejscu.
Tym sposobem nie pamiętam już nawet kiedy ostatnio byliśmy w "normalnym" pubie żeby w towarzystwie znajomych napić się "normalnego" piwa sklepowego, bo a to ku zgrozie kolegów o budżecie wciąż-studenckim (ja tam się czuję wciąż młoda!) lobbujemy za posiadówkami w burżujskich, stołecznych multitapach, a to okupujemy katowicką Białą Małpę, czy w końcu, kupując w pobliskim mini-markecie pieczywo i warzywka, przy okazji zerkamy na regał z piwem zastanawiając się, cóż to ciekawego można znaleźć... Nie powiem, są to bardzo sympatyczne nowe zwyczaje, choć wciąż jeszcze jestem na etapie, gdzie widoczne na niektórych etykietach ciągi znaków, układających się w dziwne symbole i skróty, niewiele mi mówią, a kiedy Tomasz zaczyna tyradę, mającą na celu (po raz pięćdziesiąty) wyjaśnienia mi tegoż jakże prostego w jego oczach mechanizmu, wolę poprosić go, żeby sprawdził, czy nie ma go czasem za drzwiami. Wszak o ile znam siebie, to wiem, że i na taką lekcję przyjdzie kiedyś w moim przypadku czas i nagle zacznę nie tylko rozumieć czym - tak ogólnie - jest stout, co też w małym paluszku (a paluszki ogólnie mam niewielkie) będę mieć całą resztę. Tak samo jak, kiedy już "mnie najdzie", potrafię wyciągnąć hurtem - choć z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i pionów - 400 nefów przy jednym posiedzeniu, a potem jeszcze pójść do domu rodzinnego i skopać Rodzicielce ogródek, żeby mogła posadzić sobie roślinki. Ostatnio jeden z takich rzutów "naszło mnie" poskutkował wielkoformatowymi porządkami w domowej piwnicy, gdzie poleciały na ognisko olbrzymie ilości starych mebli, a przestrzeń nagle, na powrót, po wielu, wielu latach, objawiła swój metrażowy potencjał. Reasumując: znów jest gdzie gracić.
Ale to wciąż jeszcze nie ten czas, żeby uczyć się o piwie.
"Ten czas" ostatnio poświęciliśmy za to kurtuazyjnej wizycie na kolejnej edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa, odbywającego się, analogicznie, jak poprzedni, na warszawskim stadionie Legii. Wspominając edycję wiosna/lato bardzo miło, przecierając tym samym piwno-festiwalowe smaki (Reden!), ze szczerym entuzjazmem postanowiliśmy w nasz arcy napięty grafik weekendowy wepchnąć też najnowszą edycję. Niestety, jak to bywa w życiu Dorosłych Ludzi, plan trochę nie wypalił, bo w tym samym czasie zbiegły się ze sobą inne wydarzenia, domagające się naszej uwagi. Toteż zamiast delektować się w spokoju złotym trunkiem (choć bardziej wolę te brązowe bądź czarne jak smoła), tym razem ograniczyliśmy naszą wizytę do krótkich godzin ostatniego festiwalowego dnia, bardziej nastawiając się na zgromadzenie fantów i degustację później, w domowym zaciszu i ciepłych kapciach, oglądając kolejny odcinek nowej serii Doctora Who.
Choć oczywiście kilka punktów obowiązkowych, z racji ich nazewnictwa, wypełnić należało. Toteż nie dość że po raz kolejny miałam okazji napić się fantastycznego stouta (stoutu?) z browaru Hopium (Violetta Vanillas, o zgrozo, kto to wymyślał!), to jeszcze namierzyliśmy lekko zmęczonych poprzednimi dniami dzikiej hulanki, chłopaków z browaru Reden, od których zgarnęliśmy kolejne egzemplarze piwnego szkła do kolekcji. Przy czym powstałe w kooperacji z Kraftwerkiem piwo Zabobon otrzymuje ode mnie piątkę z plusem za wielce urokliwe zwierzątko, umieszczone na etykiecie. I w końcu zmobilizowaliśmy się, żeby od deski do deski przestudiować (choć w teorii) ofertę Stu Mostów oraz zobaczyć, co "na wynos" oferuje tym razem Wrężel. Porozmawiać dłużej z przesympatyczną Panią od piwnych kosmetyków Saela. Zdobyć lanserską koszulkę z logo Kraftwerku. Posiedzieć znów na trybunach stadionu zastanawiając się, co oni wszyscy widzą w piłce nożnej (choć głownie mnie to zastanawia, bo Tomasz "to by chętnie na jakiś mecz poszedł..."). Zagrać w piłkarzyki. I w ogóle było bardzo miło, nawet jeśli wychodząc nie mieliśmy za bardzo warunków, żeby czekać pół godziny, aż upiecze się kolejna porcja kasztanów.
I nawet perspektywa wizyty przychodź-wychodź, ograniczonej czasowo i w okrutnej, deszczowej atmosferze, nie zniechęciła mnie do zabrania ze sobą Torby, która etatowo niszczy mój kręgosłup. I takie są tego efekty...
(piszę tutaj "osobisty" ponieważ założyłam też jakiś czas temu konto zawierające stricte fotografie portretowe mojego autorstwa, choć może nie poświęcam mu aż tyle uwagi, ile domaga się współczesne budowanie marki).
I o ile media społecznościowe i wszelkie możliwe aplikacje traktuję bardzo wybiórczo i momentami per noga, to ów Instagram bardzo lubię. Tylko że o ile dotychczas jego tak zwany kontent był w moim przypadku bardzo zróżnicowany i składały się na niego głównie Pierdoły (ani ze mnie przykładowo tematyczny bloger kulinarny, ani selfiarz, ani miłośnik nostalgicznych, zamkniętych w kwadrat, miejskich widoczków), tak teraz dziwnie często pojawiają się tam zdjęcia piwne. Ba, w trosce o jakość (wszak Samsung ace ileśtam-nie-ten-najnowszy zbyt pro nie jest), zdarzyło mi się nawet parę razy zrzucić na telefon zdjęcia aparatowe i wyfotoszopowane, żeby później urżnąć z nich socialmediowy kwadracik - co w ogóle uznaję w wielu przypadkach za szczyt przesady, zgodnie z hasłem "mi tam by się nie chciało...". I, tak szczerze powiedziawszy, obwiniam za cały ten bałagan i zmianę nawyków głównie Tomasza, który płynąc do góry zadowolonym brzuchem z całą tą, coraz szerszą falą nowomodnego piwowarstwa, i mnie zaraził podświadomą chęcią do relaksowania się przy kuflu czegoś o bogatszym aromacie i smaku, niż wyciągnięte z lodówki Tyskie.
Choć miód pitny i tak jest na pierwszym miejscu.
Tym sposobem nie pamiętam już nawet kiedy ostatnio byliśmy w "normalnym" pubie żeby w towarzystwie znajomych napić się "normalnego" piwa sklepowego, bo a to ku zgrozie kolegów o budżecie wciąż-studenckim (ja tam się czuję wciąż młoda!) lobbujemy za posiadówkami w burżujskich, stołecznych multitapach, a to okupujemy katowicką Białą Małpę, czy w końcu, kupując w pobliskim mini-markecie pieczywo i warzywka, przy okazji zerkamy na regał z piwem zastanawiając się, cóż to ciekawego można znaleźć... Nie powiem, są to bardzo sympatyczne nowe zwyczaje, choć wciąż jeszcze jestem na etapie, gdzie widoczne na niektórych etykietach ciągi znaków, układających się w dziwne symbole i skróty, niewiele mi mówią, a kiedy Tomasz zaczyna tyradę, mającą na celu (po raz pięćdziesiąty) wyjaśnienia mi tegoż jakże prostego w jego oczach mechanizmu, wolę poprosić go, żeby sprawdził, czy nie ma go czasem za drzwiami. Wszak o ile znam siebie, to wiem, że i na taką lekcję przyjdzie kiedyś w moim przypadku czas i nagle zacznę nie tylko rozumieć czym - tak ogólnie - jest stout, co też w małym paluszku (a paluszki ogólnie mam niewielkie) będę mieć całą resztę. Tak samo jak, kiedy już "mnie najdzie", potrafię wyciągnąć hurtem - choć z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i pionów - 400 nefów przy jednym posiedzeniu, a potem jeszcze pójść do domu rodzinnego i skopać Rodzicielce ogródek, żeby mogła posadzić sobie roślinki. Ostatnio jeden z takich rzutów "naszło mnie" poskutkował wielkoformatowymi porządkami w domowej piwnicy, gdzie poleciały na ognisko olbrzymie ilości starych mebli, a przestrzeń nagle, na powrót, po wielu, wielu latach, objawiła swój metrażowy potencjał. Reasumując: znów jest gdzie gracić.
Ale to wciąż jeszcze nie ten czas, żeby uczyć się o piwie.
"Ten czas" ostatnio poświęciliśmy za to kurtuazyjnej wizycie na kolejnej edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa, odbywającego się, analogicznie, jak poprzedni, na warszawskim stadionie Legii. Wspominając edycję wiosna/lato bardzo miło, przecierając tym samym piwno-festiwalowe smaki (Reden!), ze szczerym entuzjazmem postanowiliśmy w nasz arcy napięty grafik weekendowy wepchnąć też najnowszą edycję. Niestety, jak to bywa w życiu Dorosłych Ludzi, plan trochę nie wypalił, bo w tym samym czasie zbiegły się ze sobą inne wydarzenia, domagające się naszej uwagi. Toteż zamiast delektować się w spokoju złotym trunkiem (choć bardziej wolę te brązowe bądź czarne jak smoła), tym razem ograniczyliśmy naszą wizytę do krótkich godzin ostatniego festiwalowego dnia, bardziej nastawiając się na zgromadzenie fantów i degustację później, w domowym zaciszu i ciepłych kapciach, oglądając kolejny odcinek nowej serii Doctora Who.
Choć oczywiście kilka punktów obowiązkowych, z racji ich nazewnictwa, wypełnić należało. Toteż nie dość że po raz kolejny miałam okazji napić się fantastycznego stouta (stoutu?) z browaru Hopium (Violetta Vanillas, o zgrozo, kto to wymyślał!), to jeszcze namierzyliśmy lekko zmęczonych poprzednimi dniami dzikiej hulanki, chłopaków z browaru Reden, od których zgarnęliśmy kolejne egzemplarze piwnego szkła do kolekcji. Przy czym powstałe w kooperacji z Kraftwerkiem piwo Zabobon otrzymuje ode mnie piątkę z plusem za wielce urokliwe zwierzątko, umieszczone na etykiecie. I w końcu zmobilizowaliśmy się, żeby od deski do deski przestudiować (choć w teorii) ofertę Stu Mostów oraz zobaczyć, co "na wynos" oferuje tym razem Wrężel. Porozmawiać dłużej z przesympatyczną Panią od piwnych kosmetyków Saela. Zdobyć lanserską koszulkę z logo Kraftwerku. Posiedzieć znów na trybunach stadionu zastanawiając się, co oni wszyscy widzą w piłce nożnej (choć głownie mnie to zastanawia, bo Tomasz "to by chętnie na jakiś mecz poszedł..."). Zagrać w piłkarzyki. I w ogóle było bardzo miło, nawet jeśli wychodząc nie mieliśmy za bardzo warunków, żeby czekać pół godziny, aż upiecze się kolejna porcja kasztanów.
I nawet perspektywa wizyty przychodź-wychodź, ograniczonej czasowo i w okrutnej, deszczowej atmosferze, nie zniechęciła mnie do zabrania ze sobą Torby, która etatowo niszczy mój kręgosłup. I takie są tego efekty...
Tego typu imprezy wciąż traktuję w kategoriach przyrodniczej ciekawostki, choć z zadowoleniem stwierdzam, że ciekawostka ta już zdążyła nadać rumieńców kilku aspektom naszego życia. Wszak wspólna pasja łączy dodatkowo, uczyć się nowych sztuczek zawsze warto, a o ile to ja trzymam pieczę nad Torbą i za bardzo nie lubię się dzielić jej zawartością (mimo że cała rodzina znalazłaby coś dla siebie, a i pies miałby zajęcie), to wciąż z zaciekawieniem lubię obserwować ludzi, którzy znajdą się na czymś innym, niż ja. I dział piwny jak najbardziej się do tego zalicza. Może faktycznie, skoro w piwnicy zrobił się Ład, znajdzie się i miejsce, aby w cywilizowanych warunkach uwarzyć swój własny trunek...? Wciąż jeszcze jestem jedynie na etapie słuchania że "fajnie by było...", ale przeczuwam, że niedługo już słowa tomaszowe zaczną czynić podchody, aby przeistoczyć się w czyny.
A na odchodne powiem tyle, że knujemy (a raczej ja muszę knuć, bo Tomasz ze swoim rytmem pracy nie ma takiego problemu), coby na sam koniec listopada wybrać się do Lublina, znów biorąc na cel analogiczny event.
Co za czasy!



































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz