Część II. Trochę dłuższa, trochę konkretniejsza :) Zapraszam!
Początkowo ten wpis chciałam poświęcić przebiegowi samej sesji, sprawom pozowania itp, ale uznałam, że warto jeszcze pozostać w fazie koncepcyjnej. Pierwszą część tej mini-serii (którą możecie przeczytać tutaj) poświęciłam sprawom najbardziej wstępnym i podstawowym, takim jak "pierwszy krok", pełnoletność, problem umowy fotograficznej - reasumując, był to wpis z zakresu "z czym do ludzi" ;) A ponieważ spotkałam się z fajnym odzewem, postanowiłam to kontynuować.
Ta notka będzie bardziej organizacyjna. O tym, gdzie pracuję, na co zwracam uwagę, jak wygląda zaplecze logistyczne. Jak reaguję na nagłe wypadki losowe i że będąc pesymistą, zaskakuję się w życiu wyłącznie miło :)
"To gdzie i kiedy?"
Nie ma co ukrywać, że najwygodniej działa się w miejscu, do którego równie wygodnie i bezproblemowo można się dostać. Jeśli umawiamy się na godzinę 6:00 rano, raczej ciężko wymagać, żeby modelka (a więc strona, która musi dobrze wyglądać, bo ja to i w pidżamie mogę przyjść) jechała z Bródna na Kabaty, albo z Otwocka na Bemowo. Gdzie ja mieszkam? To żadna tajemnica - warszawski Ursus oraz Piastów. W Piastowie jest mój dom rodzinny, mieszkanie/pracowania, którą remontujemy oraz cała moja sesyjna szafa (odpowiadając na regularnie pojawiające się pytania "gdzie ty to wszystko trzymasz?" - "na strychu u rodziców!"). Podwarszawskie okolice (Piastów, Pruszków i dalej) znam bardzo dobrze i wiem, gdzie można znaleźć ciekawe zakamarki. Więc jeśli modelka ma chęci działać na "moim terenie" - super, zapraszam serdecznie. Dogodne miejsce (również dogodne pod względem komunikacji) ułatwia życie i chroni przed głupimi niespodziankami pt: "już cztery autobusy powinny jechać...". Kiedy już mamy miejsce, dzień i godzinę - trzymajmy się tego. Sporo modelek pisze też do mnie z wiadomością, że "teraz ma akurat trochę czasu...". One mają, ja niekoniecznie. Czasem owszem, da się ze mną umówić w bardzo bliskim terminie, ale z dnia na dzień raczej jest to niewykonalne. Swoje życie planuję ze sporym wyprzedzeniem. Mam rodzinę w Katowicach, do której regularnie jeżdżę. Więc np. na początku lutego już mniej więcej wiem, kiedy przyjadę do nich w marcu. I tak dalej. O tym już pisałam, ale chciałabym to podkreślić, że nie nastawiajmy się na sesję "kiedyś tam". "Jak będziesz". "Jak znajdziesz chwilę". Nie, to nie ma sensu. Jeśli chcemy działać, pochylmy się nad kalendarzem i ustalmy jak najwcześniej jak najbardziej prawdopodobny termin :) Czasem to będzie "za trzy tygodnie, w niedzielę", a czasem "ok, ten czwartek, o 9:00". Planowanie czegoś bez konkretów nie jest planowaniem ;)
moja "rodzinna" okolica naprawdę bywa kusząca :)
"A może Ty przyjedziesz do mnie?"
To zależy, gdzie mieszka modelka i dlaczego to ja mam przyjeżdżać. Jeśli blisko i jest to lokacja do ogarnięcia bez większego problemu komunikacyjnego - można pomyśleć. Jeśli mieszka w innym, dużym mieście, do którego niby też łatwo się dostać, ale taka wyprawa zajmie cały dzień - sprawa się komplikuje. Wtedy przydałaby się i druga modelka. Albo i trzecia. Ja się nie obrażę, jeśli modelka przyjeżdżając do mnie umówi się na inną godzinę z innym fotografem, albo z koleżanką na kawę. Lepiej po prostu i wygodniej nie jeździć "na godzinę", ale na maxa wykorzystać tę okazję. Bo i tak biorę ze sobą jakieś 15 kg. sprzętu. Mając widoki na odwiedzenie jakiegoś miasta, zawsze zostawiam odpowiednie ogłoszenie. Do tej pory jeździłam głównie przy okazji czegoś innego, ale równie dobrze mogę przyjechać tylko na zdjęcia. To by było nawet wygodniejsze. Ale sesje wyjazdowe rozważam jedynie pod kątem większej ilości zainteresowanych. W porze letniej można spokojnie od rana do wieczora zrealizować 3 fajne projekty, nawet pozostając w obrębie tego samego parku. W przypadku wyjazdów terminy są ważne milion razy bardziej. Sztywne, konkretne, zdecydowane. Im wcześniej ustalone, tym lepiej (hej! tańsze bilety!). A więc da się? Tak, da się :) Wciąż pozostaje pytanie: "dlaczego"? Jeśli modelka jest np. chora i niedyspozycyjna (ale nie przeszkadza to w pozowaniu) - ok. Jeśli ma pięknie urządzony dom - ok x2. Jeśli w swojej najbliższej okolicy dostęp do ciekawego wnętrza - też ok x2. O ile to wnętrze jest faktycznie ciekawe, bo, nie czarujmy, "fragmentów białej ściany" to jest na świecie całkiem sporo ;) Możemy też w ogóle jechać gdzieś dalej. To jest logistycznie bardziej skomplikowane, ponieważ sama nie posiadam prawa jazdy. Posiadam za to mężczyznę oraz jego samochód, ale żeby mężczyzna nas zawiózł, też trzeba do tego odpowiednio wcześnie podejść. Mężczyzna dużo pracuje i czasem mu się nie chce. Wtedy trzeba podejść z właściwej strony. Najczęściej z obietnicą domowej pizzy, albo placka po węgiersku. Poza tym wygospodarować czas, obczaić trasę, nalać do pełna... Tutaj też perspektywa drugiej modelki jest fajna. Nikt nie mówi o sesji w parze, chociaż.... hm...?
z Kasią pracowałam we Wrocławiu
a z Iną von Black w Łodzi
"Ojej, nie dam rady..."
Taka sytuacja zawsze jest śliska i niejednoznaczna - już abstrahując od wzajemnego szanowania własnego czasu. Wypadki losowe się zdarzają. Autobusy nie przyjeżdżają (ale jeśli chcesz to poczekasz na następny - ja też wtedy poczekam). Jeśli na sesję się spóźnisz "trochę" - ok, bywa, poczekam. Jeśli ją odwołasz na dzień-dwa przed - ok, też bywa. Ale jest różnica pomiędzy odwołaniem, a odłożeniem. Jeśli modelka odwołuje spotkanie nie podając przyczyny i w ogóle urywając temat - cóż, nie skomentuję tego. Jeśli przekłada na "kiedyś tam" - też raczej się nie dogadamy. Ale jeśli akurat wypadło "coś", ale za dwa dni, albo w następną sobotę będzie już po sprawie - ok! Konkretna informacja świadczy nie tylko o modelce, jako osobie, ale i o tym, czy faktycznie jest zaangażowana, czy ma na tyle rozmemłany charakter, że "w sumie to nie wiem...". Nie, żebym była jakimś strasznym dupkiem, ale umówmy się - modelce zależy, mi zależy. Jeśli modelce zależeć przestaje, ja na klęczkach prosić nie będę. Taka niedobra jestem. Dalej - zawsze potwierdzam sesję na dzień przed ustalonym terminem - najczęściej w godzinach popołudniowych/wieczornych, smsem. Jednym. Nie pięcioma, wysłanymi w eter. Jeśli nie masz pieniędzy na koncie - odpisz mi w inny sposób (mail, fb, inny portal). Zdążę odebrać tę wiadomość na pewno, nawet jeśli będzie do mnie lecieć gołębiem. Organizując sesję, zaklepuję sobie na nią de facto pół dnia, jeśli nie cały. Ustalam plan działania, podział obowiązków w domu ("dziś sam sobie zrób obiad..."), dogaduję z osobami trzecimi, od których bywam uzależniona. Rozwalając moje amber gold, przyprawiasz mnie o skoki ciśnienia. Jestem z natury niskociśnieniowcem (mogę dużo spać - lubię dużo spać), ale ataku furii też mogę dostać. A wtedy cierpią niewinni :p Ten problem sięga wyżyn absurdu kiedy szykuję się na sesję wyjazdową i dowiaduję się o jej odwołaniu, mając już bilet i nastawiony budzik. Tak, zdarzyło mi się. Byłam już w pociągu. Pierwszy i ostatni raz.
"Ale dziś jest pochmurno i chłodno..."
I bardzo dobrze! :) Szczególnie jeśli idziemy w plener. Zdaję sobie sprawę, że jak jest słonecznie to jest ładnie, ale jak jest słonecznie, to jest również... upierdliwie. Albo muszę biegać z blendą/dyfuzorem, prosić osobę trzecią, żeby z ową blendą biegała, albo w ogóle targać softboxy i zewnętrzną lampę, a to się zaczyna robić tłoczno... To jedna sprawa. Druga - słoneczna pogoda zachęca innych do wychodzenia z domu. Jest lipiec i +15*C? Park będzie pusty. Jest lipiec i +25*C? Są rodzice z dziećmi, osoby starsze, zwierzęta... Kiedy piękne słońce jest wskazane? Kiedy szykujemy się na jego wschód albo zachód. Jeśli działamy w godzinach około południowych - lekkim popołudniem, przygaszona aura jest o wiele milej widziana :) Zasadniczo wychodzę z założenia, że o ile z nieba nie leje litrami, można działać :) Pochmurna pogoda, mgła, lekki chłód, wiatr (wiatr jest super!), "coś tam niby kapie" - to wszystko można odwrócić na naszą korzyść. Mokra trawa i "sukienka się pobrudzi"? Sukienka i tak się pobrudzi. Przecież po to jest :)
człowiek z blendą
o 5:00 nad ranem
w niedzielę
"Masz takie ładne te suknie..."
Owszem, mam ;) Samych sukni ponad 30, więc wybór jest całkiem spory, są to rzeczy typowo sesyjne, w których na co dzień nie chodzę. Znając wymiary modelki, nie ma żadnego problemu z zaproponowaniem czegoś pasującego zarówno do jej budowy, jak i do całego pomysłu. Zwykle proponuję kilka rzeczy, z których ostatecznie to ona podejmuje decyzję. Bo w końcu to ona będzie w tym chodzić. Jeśli nosi rozmiar 36., i ma 165 cm wzrostu, a chcemy robić "lekką, romantyczno-nostalgiczną baśń" mogę zaproponować np. pięć sukienek do wyboru. Albo i dziesięć. Na pewno coś się wybierze ;) Modelka chce stylizować się sama? Dobrze, ale (!) ja tę stylizację chcę wcześniej zobaczyć. Zdjęcie do lustra w łazience wystarczy. Po pierwsze, daje mi to rozeznanie w co idziemy i czy dla obu stron hasło "gothic lolita" oznacza to samo. Po drugie, mogę zawsze zaproponować jakiś dodatek, albo zasugerować lekkie zmiany. Tak, czasem zdarza mi się oponować. Nie, żebym nie doceniała chęci modelki, nienienie... Ale musiałam już gasić kilka pożarów, gdzie "piękna bajkowa suknia" okazała się być satynowym koszmarkiem na cienkich ramiączkach, a "rozłożysta kolia" kawałkiem posrebrzanego sznurka. Tak ;) Naprawdę prościej jest, kiedy stylizacja idzie ode mnie. Wtedy modelce pozostaje jedynie ubrać się odpowiednio "pod nią". Np. założyć białą bieliznę. Albo neutralną, jasną bluzkę, żeby (np. zimową porą) spod białej sukienki nie przebijała czerwona bokserka w niebieskie grochy. Co jest jeszcze ważne? Buty! Nie ma sensu chodzić w plenerze, po trawie, śniegu czy błocie w najdroższych i najwyższych szpilkach, jakie mamy. Ale kalosze tudzież sportowe adidaski też odpadają. Dobrze, jeśli buty są optycznie lekkie i w miarę neutralne. Kozaki na lekkim obcasie, botki, pantofle, baleriny, sandały... Ogólnie rzecz ujmując: ma pasować. Ja noszę rozm. 40. W razie czego mogę się czymś podzielić :) Lubię jak modelka na sesji jest w ruchu. Każę biegać, truchtać, kręcić się w kółko, skakać. Jeśli gdzieś podczas tych wyczynów pojawi się czerwony trampek... cholera... jak to zakryć...? Zakryć nie zawsze się da. Wykadrować też nie, bo cała kompozycja traci sens. Wniosek? Kadr do kosza. I smuteczek.
"Co jeszcze? Co jeszcze?"
"Co jeszcze? Co jeszcze?"
Mamy już strój. Co modelka ma zrobić z samą sobą? Prócz standardowego nie zarywania nocy oraz nie przejmowania się brzydką krostą na policzku? Zatroszczyć się o swoją twarz i włosy. Wiem że nie wszystkie dziewczyny czują potrzebę np. regulacji brwi. Ja swoje skubię regularnie, bo mam je dość wyraziste i nie lubię jak coś odstaje. Niemniej, za jakąś lekką regulację przed sesją absolutnie się nie obrażę ;) A pomoże to potem w makijażu. Poza tym, jeśli na co dzień używa prostownicy - ma ją odłożyć! Bezapelacyjnie, efektowi włosów prostowanych mówimy w plenerze stanowcze "nie!". Loki są fajne. Noście je, moje piękne panie. Loki, fale, inne dziwne skręty i zaczesy. Wszystko, byle nie zaczynać dnia od prostownicy ;) Spryskanie włosów lakierem też nie zaszkodzi, choć dobrze znać na tym polu umiar. Włosy lekkie, nieposklejane, naturalnie układające się są o wiele bardziej malownicze i delikatne, niż ciężki, fryzjerski hełm. A skoro już przy lakierze do włosów jesteśmy, to od razu powiem o lakierze do paznokci... Jeśli idziemy np. w wyrazisty gotyk, krwiste paznokcie jak najbardziej pasują. Jeśli romantycznie hasamy po łące w białych koronkach i w wianku na głowie... już nie. Aczkolwiek, jakikolwiek "pasujący" lakier modelka akurat ma na paznokciach (kremowy, beżowy, szary, czerwony, czarny...), niech weźmie ów lakier do torebki. Ja tak zawsze robię, ponieważ najmniejszy nawet odprysk powoduje u mnie nerwicę oraz konieczność poprawienia go. Teraz. Już. Natychmiast. Serio, potrafię poprawić paznokcie w toalecie w kinie, albo w autobusie, jadąc do pracy. Taki mój fetysz. Niby drobiazg, ale potrafi uprzykrzyć życie. Zapytajcie mojego partnera, jak bardzo upierdliwa potrafię być i ile razy poprawiać wieczorem jeden paznokieć, zamiast zrobić coś pożytecznego. Np. kolację.
"Bo ja na co dzień to się w sumie rzadko maluję..."
Pozostaje kwestia twarzy i makijażu. Ogólnie make up to kwestia otwarta. Też zależy jak dzielimy się obowiązkami, ile czasu na tę sesję możemy przeznaczyć. Makijaż jest potrzebny. I nie zawsze sprowadzać się musi do bardzo ostrej tapety jak na klubową imprezę. Chociaż... jeśli idziemy w plener, pracujemy ze światłem zastanym, dziennym (czy wspomaganym jedynie blendą), makijaż - nawet bardzo ostry - będzie wyglądał delikatniej. Tak to po prostu działa. Dlatego warto napakować więcej różu na policzki. Owszem, pewna część kobiet szczęśliwych makijażu nie potrzebuje. Bo ma piękną cerę, duże oczy, zgrabnie zaznaczone kości policzkowe. Takim szczerze zazdroszczę ;) Ale i tak uważam, że makijaż jest potrzebny. Żeby skóra się nie świeciła. Żeby nie było cieni pod oczami. Żeby oczy były podkreślone, a brwi stanowiły wyrazistą ramę twarzy. Jeśli w pełni mam malować ja, bardzo proszę przyjść saute. A raczej może nie do końca saute, ale bez przesadnej domowej tapety, bo i tak trzeba będzie oczyścić i nawilżyć skórę od nowa. Jeśli zależy nam na czasie, a modelka dostarcza części kosmetyków, może rzecz jasna przyjść już z nałożoną bazą i podkładem - ale też niech ma te kosmetyki przy sobie na sesji. Mam już pewne doświadczenie w operowaniu z kosmetykami i mazidłami, więc wiem na co zwracać uwagę. Modelka może na co dzień maznąć się od niechcenia podkładem i uzna, że wystarczy. Potem przychodzę ja, zakładam portretowy obiektyw i widzę: braki podkładu w okolicach brwi. Zbyt wielką jego ilość na płatkach nosa. Brzydkie odcięcie barwne pomiędzy linią szczęki a szyją, bo tu jeszcze podkład sięga, a dalej już nie. Reasumując - czasem trzeba przypudrować nosek. Trzy razy.
Inna rzecz, że doskonale zdaję sobie sprawę, że "na żywo" wyglądamy trochę inaczej, niż "na zdjęciach" ;) I nie mam z tym problemu i nie należy się tego wstydzić.
Warto znać swoje mocne i słabe punkty.
Ja np. mam lekki garb na nosie. Ale widoczny tylko z jednej strony.
Pozostaje kwestia twarzy i makijażu. Ogólnie make up to kwestia otwarta. Też zależy jak dzielimy się obowiązkami, ile czasu na tę sesję możemy przeznaczyć. Makijaż jest potrzebny. I nie zawsze sprowadzać się musi do bardzo ostrej tapety jak na klubową imprezę. Chociaż... jeśli idziemy w plener, pracujemy ze światłem zastanym, dziennym (czy wspomaganym jedynie blendą), makijaż - nawet bardzo ostry - będzie wyglądał delikatniej. Tak to po prostu działa. Dlatego warto napakować więcej różu na policzki. Owszem, pewna część kobiet szczęśliwych makijażu nie potrzebuje. Bo ma piękną cerę, duże oczy, zgrabnie zaznaczone kości policzkowe. Takim szczerze zazdroszczę ;) Ale i tak uważam, że makijaż jest potrzebny. Żeby skóra się nie świeciła. Żeby nie było cieni pod oczami. Żeby oczy były podkreślone, a brwi stanowiły wyrazistą ramę twarzy. Jeśli w pełni mam malować ja, bardzo proszę przyjść saute. A raczej może nie do końca saute, ale bez przesadnej domowej tapety, bo i tak trzeba będzie oczyścić i nawilżyć skórę od nowa. Jeśli zależy nam na czasie, a modelka dostarcza części kosmetyków, może rzecz jasna przyjść już z nałożoną bazą i podkładem - ale też niech ma te kosmetyki przy sobie na sesji. Mam już pewne doświadczenie w operowaniu z kosmetykami i mazidłami, więc wiem na co zwracać uwagę. Modelka może na co dzień maznąć się od niechcenia podkładem i uzna, że wystarczy. Potem przychodzę ja, zakładam portretowy obiektyw i widzę: braki podkładu w okolicach brwi. Zbyt wielką jego ilość na płatkach nosa. Brzydkie odcięcie barwne pomiędzy linią szczęki a szyją, bo tu jeszcze podkład sięga, a dalej już nie. Reasumując - czasem trzeba przypudrować nosek. Trzy razy.
Inna rzecz, że doskonale zdaję sobie sprawę, że "na żywo" wyglądamy trochę inaczej, niż "na zdjęciach" ;) I nie mam z tym problemu i nie należy się tego wstydzić.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz