czwartek, 19 lutego 2015

* TEATR BITWY - ODCINEK III (Q&A) *

Nadszedł oto czas na poradnik praktyczny! Przed wami trzecia część mojej mini-serii, poświęconej kulisom pracy ze mną-fotografem.  Czas przejść do meritum. Mam nadzieję, że moje przydługie notki jeszcze nikogo nie zanudziły. 

Odcinek pierwszy do poczytania TU
Odcinek drugi - TU
No to w drogę!



"A kiedy dostanę zdjęcia?"

Rzecz zasadnicza, która potrafi nieraz popsuć sporo krwi. Czas oczekiwania na materiał. Biorąc pod uwagę, że większość sesji wykonuję na cyfrze, to na mnie spoczywa całość postprodukcji - nie ma opcji, że oddam materiał komuś w labie i za pół godziny będzie gotowy. Nie ma też opcji, że oddam modelce surowe pliki, żeby ona sama je obrobiła, albo że za mnie obrobi je np. mój partner. Materiał roboczy należy do mnie i tylko do mnie. Ile czasu potrzebuję? To zależy od tego, ile ja sama w życiu mam w danej chwili do roboty. Kiedy jesteśmy w środku np. sezonu ślubnego, wiadomo, że dana para młoda będzie miała priorytet, ale nigdy nie pracuję "jedynie" na jednym materiale - kiedy mam np. 4 foldery sesyjne na tapecie, jednego dnia biorę na warsztat kilka kadrów z jednego z nich, drugiego dnia - z drugiego itd. O ile nie potrąci mnie akurat tramwaj, cały materiał (czyli powyżej 10 kadrów) oddaję w przeciągu 2 tygodni od sesji. Czy modelka chce dostawać po trochu co kilka dni, czy jedną dużą paczkę - to jej życzenie. Ja mogę i tak i tak. Lubię na świeżo, tego samego dnia, zgrać i wstępnie przejrzeć materiał. Pozwala mi to po pierwsze, zabezpieczyć go przed niechcianym formatem, a po drugie, spojrzeć na niego w tym samym twórczym transie. Staram się w przeciągu 2-3 dni od sesji podesłać pierwsze próbki. Czasem jest to jeden kadr, czasem trzy. Aczkolwiek tutaj nie lubię się spieszyć w tym sensie, że już-teraz-na gorąco-natychmiast. Dużo też zależy od kondycji samej modelki - czy czeka mnie sporo pracy przy jej cerze, czy ma jakieś specjalne życzenia, np. skorygowanie linii szczęki (nie robimy przecież zmian bezczelnych niczym na okładce "Vivy", więc czemu nie?)  - na to zawsze schodzi kilka minut więcej. Lubię grzebać w materiale, nakładać różne filtry, porównywać efekty. Przy pracy z kolorem ma to kluczowe znaczenie. Czasem jeszcze tego samego dnia uda mi się przysiąść na godzinę i wypracować dany schemat postępowania (nigdy nie korzystam z gotowych, cudzych akcji!), ale lubię na dzień następny spojrzeć na daną ścieżkę krytycznie i coś jeszcze zmienić. To ważne, ponieważ obrabiam sesje podług spójnego klucza - jeśli uznam, że najlepszym wyjściem jest tonacja niebiesko-szara, cała sesja taka będzie - nie oddam modelce jednego kadru niebieskiego, a drugiego czerwonego w groszki. Dlatego potrzebuję czasu do namysłu i krytycznego spojrzenia. Często też przedstawiam efekty wstępne i pytam modelki o zdanie. Dochodzi do tego też problem odwzorowania kolorów na różnych wyświetlaczach. Kończąc pracę na mojej jednostce głównej lubię te zdjęcia obejrzeć jeszcze na laptopie czy tablecie - na jednym komputerze może wyglądać super, na drugim coś się rozłazi. Im więcej opinii pozytywnych, tym lepszy efekt końcowy. Nie jestem jednak fotografem, który odłoży daną sesję na kwartał, bo ma coś ważniejszego do roboty, albo mu się nie chce. Oczywiście pomijając wypadki losowe, o których - w razie czego - zawsze modelkę informuję. Nie czarujmy, nawet jeśli to ja przygotowuję całą sesję, ubieram i maluję modelkę, to jednak ona również daje coś od siebie i liczy na efekty. Stąd kazać czekać miesiąc-dwa-pięć uważam po prostu za brak szacunku. I to bez różnicy, czy daną modelkę dopiero poznałam, czy jesteśmy kumpelami. Ale również nie lubię, naprawdę baaardzo nie lubię, jak się mnie pogania. Miałam kiedyś kuriozalną sytuację, kiedy modelka na "do widzenia" - bardzo zadowolona - stwierdziła, że jeśli jeszcze tego samego dnia prześlę jej "choć jeden kadr" to będzie idealnym zakończeniem dnia. Odparłam że nie obiecuję, ale zobaczymy - zresztą zrobiło mi się w tym momencie po prostu bardzo miło. Rozstałyśmy się, każda pojechała w swoją stronę. Ledwie dotarłam do mieszkania, zdjęłam buty i postawiłam na stole torbę z zakupionym po drodze pieczywem - bach, sms. "No hej, masz już coś? :) Bo ja czekam :)". Zaklęłam brzydko pod nosem już wiedząc, że takiego samego smsa otrzymam wieczorem. Otrzymałam. Z miejsca odechciało mi się pracy na szybko.


Nasza najnowsza sesja z Sariel jest dobrym przykładem
postprodukcji - te gołębie trzeba w końcu skądś wziąć ;)

"Bo ja nie jestem modelką..."

A czy to ma jakieś znaczenie? Fotografując parę młodą, narzeczonych, czy dzieci, też przecież nie pracuję z "profesjonalistami". Zresztą co w tym fachu oznacza profesjonalizm, to sprawa otwarta. Modelka może się uczyć pozwania od innych, chodzić na kursy, ale też działać intuicyjnie. Czasem dana osoba jest wręcz stworzona do gry przed obiektywem i "nic nie musi robić", a zdjęcia wychodzą piękne. Fotografia, szczególnie tego typu bajkowa/niecodzienna, to zawsze wchodzenie w rolę, złudzenie, zakładanie maski. Nawet najprostszy, pozbawiony rekwizytów portret, jest czymś więcej, niż zdjęciem z wakacji. Podstawową kwestią jest własne przełamanie się. Nie trzeba mieć portfolio na sto stron ani referencji od topowych fotografów. Można po prostu chcieć wcielić się w kogoś innego, spróbować. Z czystej ciekawości. Bo się nam podoba. W przypadku moich fotografii bardzo często rola ta kończy się w momencie zdjęcia sukni i założenia na powrót codziennych ubrań. Stylizowana sesja samoczynnie wyzwala określoną konwencję zachowania. Nie "narzuca jej", ale sugeruje, prowokuje. Wiele razy patrzyłam kątem oka, jak "nie-modelka", jeszcze przed hasłem "start!" zaczyna przybierać pozy, sprawdzać, jak faluje materiał sukni, jak unoszą się koronki. Ta zabawa potrwa godzinę-dwie i znów założy się t-shirt. Ale przez ten czas warto całkowicie zapomnieć o tym, że "ludzie patrzą" i po prostu cieszyć się zabawą. Pomaga ;) Przełamać nieśmiałość, pomyśleć o sobie inaczej, zrozumieć, że w tym świecie obowiązują inne normy. Nie jesteś modelką? To zrobię tak, że nią będziesz :) Na wejście w rolę jest zresztą zawsze kilka minut, bo ja też potrzebuję się fotograficznie rozstrzelać. Kilka-kilkanaście kadrów próbnych, które mi posłużą do doboru parametrów, światła itp., są właśnie czasem, kiedy modelka może - bez skrępowania i bez przesadnej pruderii - sprawdzić jak czuje się w swojej nowej skórze. A jeśli czuje się dobrze, to bierzemy się do pracy.


Lolicią sesję z Olą realizowałyśmy na kampusie uniwersyteckim
kiedy studenci robili to, co zawsze, czyli wałęsali się bez celu.
A i tak nikt nie miał odwagi żeby zagadać.

"Stresuję się trochę...."

Modelce początkującej, która dotychczas pozowała co najwyżej koleżankom po szkole, trudno jest przełamać dystans, naturalnie występujący pomiędzy nią, a fotografem-osobą obcą. Nie jest to nic dziwnego, zważywszy na fakt, że fotograf niejako nad taką modelką góruje. On ma aparat (duży, a więc drogi), obiektywy (też duże i drogie), czasem przychodzi z pomocnikiem, zna wizażystki czy fryzjerki. I w takie środowisko wkracza dziewczyna początkująca. Przejmuje się, więc chce wypaść jak najlepiej. Problem z tym, że bardzo łatwo jest w życiu przedobrzyć i osiągnąć efekt odwrotny, do zamierzonego. Za każdym razem, kiedy zaczynam sesję, otwarcie pytam jak modelka się czuje. Psychicznie. Czy ma doświadczenie, czy jest swobodna przed obiektywem, czy potrzebuje porady. Czy ustawia się sama, czy to ja mam dyrygować każdym jej gestem. Z doświadczenia wiem, że takie postawienie sprawy pomaga, a po kilkudziesięciu minutach modelka sama zaczyna wykazywać albo nawet przejmować inicjatywę. I o to chodzi. O ile na sesję przychodzę z kimś od siebie (bo np. mój mężczyzna mnie podwozi) pytam też, czy on nie będzie przeszkadzał. Mężczyzna wie, że przeszkadza. Więc jeśli tak, to on sobie pójdzie. Nie ma z tym problemu, przyzwyczaił się ;) Tak jak ja w naszym codziennym życiu potrzebuję chwili dla siebie i świętego spokoju, tak też i moja modelka może bez skrępów obwieścić, że wolałaby abyśmy zostały same. Proszę bardzo :) Kiedy z kolei ja już się dookoła niej napstrykam i powoli zbliżamy się do końca pytam, czy ma własne życzenia. Czasem miewają i to naprawdę fajne, na które ja bym nie wpadła. Ale czasem dziewczyna potrzebuje czasu, żeby swoje potrzeby wyartykułować. Po godzinie, kiedy pokazowo tarzam się po trawie pokazując, o jakie pozy mi chodzi, ona sama nabiera pewności i zaczynamy nadawać na tych samych falach. Tak więc - działa :) Ale tutaj warto być też szczerym. Nie opłaca się kłamać. Parokrotnie, szczególnie pracując z modelkami młodszymi ode mnie (np. 15-16-latkami), widziałam czarno na białym, że się trzęsą. Nie dlatego że było zimno. Z nerwów. Bo chciały dobrze wypaść. Oczywiście, zależy to od charakteru - są osoby mniej i bardziej otwarte, kontaktowe, odważne. Sama staram się zawsze podchodzić do sesji na koleżeńskim luzie - nawet jeśli mnie i modelkę dzieli dekada. Pamiętacie scenę z kotem Behemotem w "Mistrzu i Małgorzacie"? Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu. Coś w tym jest, ale nie popadajmy w przesadę. Warto przełamywać dystans na linii fotograf-modelka, a wzajemne traktowanie się na zasadzie partnerstwa/koleżeństwa sprzyja twórczym wygłupom :) 




A tak w ogóle to jest jedno rozwiązanie, które idealnie wygląda na zdjęciach,
a przy których modelki w ogóle nie muszą przejmować się swoim skrępowaniem - maski ;)

"Plecy prosto!" 

Sztywność jest jedną z największych zbrodni w fotografii portretowej. A raczej w większości fotograficznych tematów. Swobody ruchów trzeba się nauczyć. Swoich ruchów. Trzeba obserwować samego siebie. W domu, w lustrze, w aparacie koleżanki podczas rytualnego selfie. Ale nie robić w kółko tego samego, wyćwiczonego dzióbka, ale nauczyć się patrzeć na własną twarz jak na plastyczną masę. Nie szukać na siłę niedociągnięć, a korzyści. Pytanie "który profil mam lepszy?" jest w pełni uzasadnione. Obejrzyjcie siebie w lustrze. Prawą i lewą stronę twarzy. Profil, półprofil, 3/4. Spójrzcie, na ile możecie pochylić głowę, żeby łuk brwiowy nie zasłaniał powieki (żeby nie patrzeć "spode łba"). Kiedy robi się wam drugi podbródek, a kiedy na wyciągniętej, łabędziej szyi ukazują się jakieś takie... wypustki. To świetna lekcja. Tak samo jest z innymi częściami ciała, szczególnie dłońmi. Zwracajcie uwagę na tak prozaiczne rzeczy, jak chwytanie przedmiotów. Na trzymanie książki bądź gazety podczas czytania. Analizujcie, jak układają się palce, jak naciągają ścięgna. Kiedy dłoń jest brzydko rozcapierzona, kiedy szponiasta, a kiedy delikatna i subtelna. Sama mam fioła na punkcie dłoni. Zaczęło się od wycieczek rowerowych z ojcem, kiedy byłam dzieckiem. Kierownik roweru można trzymać na dwa sposoby. Z kciukiem na górze, albo na dole. Trzymając kciuk na górze ojciec mówił, że trzymam go jak małpa (tata i tak mnie kocha). I faktycznie. Nie dość, że kiepsko było hamować, to i topornie to wyglądało. Kciuk przełożony pod ramą kierownika... od razu jakoś tak milej... To dotyczy całej sylwetki. Od dziecka wpaja się nam, że do zdjęcia należy "ładnie się ustawić" oraz "uśmiechnąć". Faktycznie, coś w tym jest. Grupowe zdjęcia szkolne, zdjęcia na uroczystościach rodzinnych które robi wujek, zdjęcia na wakacjach - zawsze aparat traktuje się jako punk dośrodkowy. On skupia uwagę, przed nim trzeba się zaprezentować. Przyjąć pozę reprezentacyjną. Może i reprezentacyjną, ale jakże nudną i ograniczającą! Jeśli chodzi o "spinanie się" to tak, jest jedna sytuacja ku temu wskazana - kiedy modelka zakłada gorset, co jest dla niej doświadczeniem nowym. Wtedy, jeśli zapomni o przesadnym wyprostowaniu się i przesadnym wręcz napięciu mięśni pleców, barków itd. pojawia się garb. Moje gorsety mają usztywniające i modelujące fiszbiny, więc nie są jedynie bieliźnianą ozdóbką. Stąd też naturalnie narzucają określoną postawę. Osoba przyzwyczajona nie ma z tym problemu, ale nosząc gorset po raz pierwszy łatwo wpaść w pułapkę niewłaściwej postawy. Ale to chyba tyle ;)




Fotografowanie poszczególnych części ciała ma dla modelek
jedną, ważną zaletę: muszą skupić się jedynie na jednym elemencie :)

"Czuj się jak u siebie!"


Zdanie wręcz kluczowe. Kiedy modelka zna swoje ciało i umie odpowiednio nim operować, współpraca zawsze jest łatwiejsza. Ale nie wszystkie modelki mają te nawyki wyrobione. Czy to źle? Nie przesadzajmy, w końcu każdy od czegoś zaczynał. W swoim archiwum mam wiele zdjęć modelek, z których kiedyś byłam zadowolona (zdjęć!). To zdjęcia obrobione, kiedyś publikowane, napawające mnie dumą. Kiedyś. Bo z perspektywy czasu patrzę na nie i gryzę biurko widząc, jak fatalnie modelka ułożyła np. ramię. Ok, to ona je źle ułożyła, ale to moja wina, że na to pozwoliłam. To fotograf powinien takich rzeczy pilnować, ponieważ to on buduje kompozycję kadru. Jemu ma to pasować, ponieważ widzi więcej, niż modelka. Ale (!) modelka, świadomie przybierając pozy - pozy pewne, sprawdzone, w których wie, że czuje się dobrze - jest niesamowicie pomocna. Jednym z moich nauczycieli fotoreportażu był Arkadiusz Gola. Uwielbiam jego zdjęcia i jego uwagi były (i nadal są) dla mnie bardzo cenne. Do czego można je sprowadzić? W dużej mierze do prowokowania naturalności. Kiedy fotografuję modelkę w jakiejś pozie, zawsze mówię, że "jakby chciała coś poprawić to śmiało". Np. odgarnąć włosy z twarzy, bo coś jej przeszkadza. Do czego to prowadzi? Do tego, że mam oto kilka sekund żeby nacisnąć spust migawki, kiedy modelka robi coś naturalnego. 2-3 sekundy w których nie myśli o tym, czy "ładnie wygląda", ale wykonuje gest. I wielokrotnie taki prozaiczny gest, nad którym się nie myśli, okazuje się mieć w sobie ogromny ładunek wdzięku. Modelka przeważnie nie widzi całego sesyjnego materiału, a jedynie wybrane przez fotografa kadry. Ja z kolei zawsze po sesji staram się znaleźć jeszcze 5 minut, żeby wszystkie te zdjęcia przejrzeć (zakładając że korzystamy z cyfry). Nie lubię kiedy w czasie sesji modelka co chwila zagląda mi przez ramię, bo mnie to rozprasza, ale nie widzę problemu, żeby potem usiąść i przejrzeć wstępnie ten materiał razem. To daje pole manewru, a modelce obrazuje jej pracę. Oglądamy więc te zdjęcia na wyświetlaczu i już mniej więcej widzimy, nad którymi kadrami będę pracować później. Oczywiście, nie zawsze przekłada się to jeden do jednego, ponieważ dopiero po obejrzeniu zdjęć na komputerze można nabrać pewności, czy prócz układu ciała ostrość i wszystko inne są na swoim miejscu, ale jest to jakiś wstęp. Zawsze też staram się wyjaśnić, dlaczego dane zdjęcie uważam za najlepsze. Bo układ twarzy, bo policzek, bo powieka, bo włosy. I tak dalej. I mam wrażenie, że taki szybki przegląd działa też pozytywnie na osobę pozującą. Nie tylko poznajemy siebie i swoje oczekiwania, ale przede wszystkim kończymy nasze spotkanie jakimś podsumowaniem - nie jest tak, że chowam aparat, "dzięki, to cześć". "Zadzwonimy do pana".



Ostatnie minuty sesji z Eweliną zaowocowały kwiatową burzą mózgów
Efekt? Taka ilość kadrów, że trudno skupić się na jednym


"Halo, tu jestem..."


Ruchy ciała to jedno, ale i tak w 90% chodzi w fotografii o twarz. Twarz, mimikę, spojrzenie. Kierunek spojrzenia. Kiedy już udaje się nam zachowywać naturalnie, albo płynnie przyjmować pozy, pozostaje kwestia wzroku. Różne kategorie portretu różnie rzecz jasna do tego podchodzą. Tak samo różni fotografowie. Osobiście nie lubię, kiedy modelka patrzy na mnie. Czasem zdarza się i tak, że tłumaczę, proszę i błagam, a ona i tak w obiektyw. To potrafi bardzo ograniczyć, szczególnie jeśli koncepcja sesji jest bardziej sensualna, liryczna. Podczas pracy w plenerze, zwłaszcza jeśli oświetlenie nie rozpieszcza, warto pamiętać o kilku trickach - np. o tym, żeby nie chować twarzy albo nie patrzeć prosto w ziemię. Albo żeby nie marszczyć przesadnie czoła patrząc w górę. Żeby nie uciekać głową staaaarsznie w górę/dół, bo to powoduje brzydkie skróty perspektywiczne. Tutaj warto poczynić rozróżnienie, które potem wyjaśnię. Gest i mina. Gesty należy "zaniżać", miny "zawyżać". Mówiąc o gestach najprościej to chyba wyjaśnić w ten sposób: każde fotograficzne polecenie należy przefiltrować, odrzucając ruch bezczelnie-czytelny i jednoznaczny. Skupiać się na niuansach. To zawsze wychodzi w praniu i zawsze (ok, nie zawsze, ale w większości przypadków) da się osiągnąć konsensus, ale jeśli np. proszę o przyłożenie dłoni do twarzy, to mam na myśli raczej - znów - delikatne muskanie skóry opuszkami palców, a nie imitowanie wieczornego zabiegu peelingującego. Nie wszystko trzeba wykładać kawa na ławę, bo to niedopowiedzenia i momenty zawieszenia budują nastrój. Kiedy proszę aby modelka "przeczesała ręką włosy" mam raczej na myśli lekkie mizianie ich palcami, a nie twardy chwyt przypominający raczej grabienie liści. I tak dalej, i tak dalej :)  Inna rzecz, że zawsze na bieżąco staram się wydawać polecenia, choć - jeśli nie muszę - nie lubię za bardzo modelek musztrować. Zdaję też sobie sprawę z tego, że modelka pozostawiona sama sobie w pewnym momencie już nie wie, co ma robić - czy dalej patrzeć przed siebie, czy może coś zmienić? Stąd interakcja z fotografem jest kwestią kluczową. Sama, stojąc kiedyś po drugiej stronie obiektywu, znalazłam się w sytuacji w której byłam - jako modelka - kompletnie zdana na siebie. Fotografka, z którą wtedy "współpracowałam", po krótkiej kurtuazyjnej wymianie zdań całkowicie przestała ingerować w moje zachowanie. Toteż, starając się improwizować, sama musiałam główkować nad tym, co ze sobą zrobić. Nie czułam się w tej sytuacji zbyt komfortowo (zwłaszcza że też doświadczoną modelką nie byłam), toteż postanowiłam, już jako fotograf, pracować inaczej. Nie, żebym była jakąś straszliwą gadułą, ale zawsze staram się ten bezpośredni kontakt utrzymywać. Kiedy modelka sama w sobie jest raczej wycofana i nieśmiała, pomaga to sto razy bardziej. No i kwestia samej mimiki - rzecz najbardziej problematyczna, urastająca wręcz do wiedzy tajemnej. Jak okazywać emocje. Tutaj nie zawsze da się osiągnąć wymarzony efekt, ale można się starać i starać się trzeba. Modelka może nie wpisywać się w lansowane kanony piękna, mieć bardzo wydatny nos, być niska, pulchna, mieć kompleksy... To nie jest ważne. Ponieważ kiedy potrafi grać, kiedy potrafi posługiwać się swoimi mięśniami mimicznymi - sesja skręca o 180*. Z emocjami jest jednak ten problem, że albo myślimy-że-je-okazujemy, albo nie chcemy ich okazywać, "bo wyglądamy głupio". W pierwszym przypadku jest prościej, bo wtedy najczęściej to ja przybieram określone miny i modelka najzwyczajniej w świecie widzi, co mam na myśli. Dzięki temu małymi kroczkami (czasem z przerwami na śmiech) dochodzimy do fajnych efektów. Gorzej, kiedy modelka nie chce. Ona tego nie zrobi "bo wygląda głupio". Bo nie będzie przecież stać przez dwie minuty z otwartymi ustami i mętnym spojrzeniem, "bo to źle wygląda". Naprawdę? A może właśnie o to chodzi? Może właśnie przesadna wręcz ekspresja jest wskazana? To trochę jak z makijażem w plenerze - trzeba nałożyć więcej różu i bronzera, żeby efekt nie zagubił się w czasie zdjęć, czy potem w postprodukcji. Tak samo trzeba wyrażać emocje aż do przesady. Trzeba krzywić się, napinać i rozluźniać mięśnie, odrzucić krępujące hamulce. "Dziwnie to wygląda"? Faktycznie, trochę dziwnie dla osób postronnych. Ale uwierzcie mi, moje miłe panie, że w wizjerze aparatu pełne napięcia albo przerysowane, intensywne gesty i miny, wyglądają po prostu fantastycznie. I tego się trzymajmy. 



Jedna z moich ulubionych sesji i jedna z moich 
ulubionych modelek - Aleksandra

"Wiem lepiej"

Ostatni akapit na dziś, nad którym nie chcę przesadnie się rozwodzić.  Akapit dotyczący zarówno modelek początkujących, jak i niektórych doświadczonych. A może nawet bardziej doświadczonych. Modelka doświadczona nie tylko widzi swoje własne postępy, ale też obserwuje techniki pracy innych fotografów. Niektóre pasują jej bardziej, inne mniej. Każdy ma inny sposób pracy i każdy w inny sposób osiąga określone efekty. Czasem samą modelkę trzeba prowadzić za rękę, czasem to ona buduje scenę. Czasem fotograf gada jak nakręcony, a czasem sesja ogranicza się do prostych, zwięzłych komunikatów (wspomniane wyżej sesje "pantomimiczne" pomińmy). Modelce, niezależnie od jej doświadczenia, zależy na dobrym efekcie. Czasem - o czym też wspominałam - można na tym polu przeholować, ale to moim zadaniem, jako fotografa, jest wskazać złoty środek i tak to wszystko posklejać, żeby miało sens i każdy był zadowolony. Modelki, które znają swoje możliwości i które "czują" daną estetykę, nie potrzebują pomocy czy instrukcji, bo pracują niejako same. Dobrze jest też, kiedy modelka potrafi oponować i np. odrzucić dany pomysł czy sugestię. Jeśli jakaś moja propozycja jej nie odpowiada - jasne, należy to powiedzieć. Choć zakładam, że skoro już się spotykamy i działamy, to mniej więcej jesteśmy świadome naszych pomysłów, czy wizji. Jeśli modelka jest na "nie" dla zasady - hm... to po co w ogóle się ze mną spotkała? Szanujmy się wzajemnie, szanujmy wkładaną przez każdą stronę pracę i dobre chęci. Ale nie próbujmy - i bardzo tego nie lubię - zamieniać się rolami. Dialog, sugestia, odmowa (jeśli coś nie odpowiada) - ok. Jeśli modelka nie lubi swojego nosa, nie będę robić portretów z profilu. Ale wchodzenie z butami w mój rejon, próba całkowitego zapanowania nad przebiegiem sesji i powstającymi kompozycjami - nope. Tak się nie dam. Popieram zaangażowanie modelki, ale jeśli po raz dziesiąty mówię, że wyszło bardzo dobrze i sugestywnie, a ona po raz dziesiąty twierdzi, że nie mam racji... cóż, powiedzmy, że w takich chwilach mam ochotę najzwyczajniej w świecie iść do domu. 


Problem znika w momencie, kiedy sami jesteśmy sobie sterem i okrętem.
W tym przypadku fotografem i modelką.
Egoistycznie bardzo to zdjęcie lubię ;)

Aczkolwiek, powiem wam tak w sekrecie,
I don't believe in no-win scenarios.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz