W tym roku Nikon wreszcie pokusił się o zorganizowanie objazdowego pokazu swoich topowych modeli. Ostatnia taka okazja była na wiosnę 2012 roku, kiedy nikoniarze cieszyli się nowościami rynkowymi w postaci modeli D800 i D4. Zresztą, och mój panie, sama się nimi cieszyłam, a możliwością własnoręcznego przebadania D4'ki już szczególnie. Choć był to czas, w którym moja wiedza o sprzęcie "z wyższej półki", jego możliwościach oraz niuansach, dostrzegalnych pomiędzy poszczególnymi modelami, była nieporównywalnie mniejsza, niż obecnie. Miałam swoje D90, które uważałam za w zupełności wystarczające, zakupione z dumą z własnoręcznie zarobionych funduszy. Mój pierwszy "poważny" aparat, z którego zresztą wciąż korzystam. Czy sobie go chwalę? To pytanie otwarte. Z jednej strony potrafi całkiem sporo, z drugiej jednak z ulgą witałam każdy, nadarzający się upgrade, ponieważ po latach znajomości już wiem, czego D90 nie ma i czego mi w nim brakowało. Oczywiście ile głów, tyle opinii, toteż dla niektórych moich znajomych, przesiadka na D90 z jeszcze starszego modelu (np. D70 czy D80) była technologicznym przełomem, to jednak - gdybym miała podejmować decyzję o zakupie po raz drugi, z bagażem wiedzy, jaki posiadam - D90 bym już nie kupiła.
Z drugiej strony jakiś czas temu stanęliśmy przed poważnym dylematem, ponieważ musieliśmy podjąć decyzję sprzętową, która określi nas na kolejne kilka lat. Pytanie brzmiało - czy potrzebujemy pełnej klatki. Z jednej strony perspektywa posiadania pełnoklatkowca nęciła i kusiła - nie tylko pod kątem bebechów, jakie mają w sobie profesjonalne modele - z drugiej jednak, pojawił się problem przeskoku szkieł. Bo oto udało nam się zgromadzić bardzo fajny, w pełni uniwersalny zestaw szkieł niepełnoklatkowych, do których zaliczają się zarówno "maluchy", jak 50 czy 35mm, jak i szkła do zadań specjalnych, jak nikkor 17-55 f/2.8, czy sigma 70-200 f/2.8 (jak na sigmę daje radę). Mamy wreszcie "zabawki", takie jak fish. Pytanie więc - cóż z tym począć? Czy nastawiać się na wymianę całości pod kątem pełnej klatki? Pełnoklatkowce mają możliwość przestawienia się na tryb niepełny, ale czy jest sens takich działań? Ostatecznie, pełnej klatki (jeszcze) nie mamy. Za to nasze wymagania spełnia obecnie model D7100, który w bardzo korzystny sposób łączy w sobie różne zalety swojego rodzeństwa, a przy tym jest niesamowicie odczuwalnym skokiem technologicznym wobec D90'ki.
Jedyna rzecz, której nam (mi) jeszcze brakuje, to portretówka 85mm. I tutaj mam dylemat, ponieważ bardzo chętnie przygarnęłabym obiektyw nikkorowski (zautomatyzowany), choć, kiedy miałam w rękach manualnego samyanga 85mm ze światłem 1.4, byłam wręcz urzeczona jego piękną plastyką, odwzorowaniem barw oraz precyzją działania. Naprawdę jest to zachęcająca rzecz. Tylko że manualna. I tu jest mój ból, ponieważ doczekałam się już swoich pierwszych okularów korekcyjnych. W jednym oku jest to problem rzędu 0,5, w drugim 0,25. Na minusie. Chyba. W sensie że "na daleko". Wada jest kompletnie nieodczuwalna w codziennym życiu, a okulary noszę głównie do kina... oraz w momencie, kiedy muszę ostrzyć ręcznie. Więc manualny samyang, mimo swoich niewątpliwych zalet, chyba pozostanie w strefie marzeń. Marzeń, zdominowanych przez zdrowy rozsądek.
Tegoroczny Road Show, znów zorganizowany przez fotopolis, skupiał się głównie na zagadkowym modelu D750. Prócz tego były, rzecz jasna, body pokroju wspomnianego już D4 (D4S), czy w miarę nowych D610 oraz D810. Sam D610 jest - w moim odczuciu - kolejnym wariantem dyskusyjnym, choć może po prostu nie rozumiem polityki technologicznej Nikona. Tak samo jak nie potrafię pojąć klucza, jaki wykorzystywany jest przy nadawaniu nazw następnych tworów. Doszliśmy nawet do wniosku, że znudzeni faceci w fabryce mają po prostu wielką tablicę z lotkami i w momencie, kiedy nowy, bezimienny model, schodzi z taśmy, pan Zygmunt bierze strzałkę, zamach, i wykonuje rzut. "Heniu! Mamy już jakieś D5100? .... Tak? ... A D5150?".
Poza sprzętem profesjonalnym obadać można było również serie bezlusterkowce (AW1), kilka modeli coolpixów, oraz - przede wszystkim - obiektywy! I tu po raz drugi Nikon i fotopolis pięknie się postarali, ponieważ wybór był autentycznie duży. Od szerokich kątów, poprzez stałki, portretówki, czy słusznych rozmiarów tele, którymi Radek Kaźmierczak fotografuje bobry. I mimo że przestrzeń Galerii Szyb Wilson nie zawsze pozwalała na wykorzystanie w pełni możliwości poszczególnych szkieł, sam fakt dojścia do nich i przekonania się na własnej skórze, co potrafią, był nie lada przyjemnością. Mi udało się przetestować m.in. wspomniane już 85mm, model f/1.4 G. Plany na przyszłość powoli się więc krystalizują...
Chociaż nie. Mam na co pomarudzić, ponieważ miałam wielką nadzieję dostać do rąk nikonowskiego tilt shifta, czyli model 24mm f/3,5 ED. Jako że miałam okazję testować TS ze stajni Samyanga, chciałam móc te dwa szkła ze sobą zestawić. To się, niestety, nie udało. A szkoda. Natomiast bardzo mnie ucieszyła możliwość obcowania ze sprzętem studyjnym. Powoli zaczynamy ogarniać własną przestrzeń fotograficzną, toteż ślęczymy w lekturze "co do czego służy" i jakie oświetlenie jest nam potrzebne, co byłoby wyrzuceniem pieniędzy w błoto, a co przerostem formy nad treścią. Nie planuję mieć w pełni wyposażonego, profesjonalnego studia na swój użytek, ale chciałabym móc stworzyć w perspektywie kilku miesięcy kącik-pracownię, ażeby móc gdzie się z moimi modelkami podziać. Suche studio, o czym już kilka razy pisałam, jakoś nigdy do mnie nie przemawiało, pomimo niesamowitych możliwości, jakie oferuje. Jednak wolę domowe zacisze: kącik z wiklinowym, bujanym fotelem, porcelanę w koty i nastrojowe tapety. I do czegoś takiego mozolnie zmierzam. Od teraz z przystępnym poradnikiem-instrukcją sprzętu Fomei.
Jest jeszcze jedna rzecz, za którą kocham tego typu eventy. Jest to możliwość obserwowania fotografów. To niemalże pasja zoologiczna. Oto drapieżnik w swoim naturalnym środowisku.
Przy okazji... dlaczego dominującą większość takich zlotów stanowią mężczyźni?
***
Fotografowie dzielą się według mnie na dwie podstawowe grupy - pierwsza z nich skupia wszystkich tych, którzy czerpią radość z tego, co robią. Fotografia to albo ich hobby lub zawód - to mniej istotne. Ważniejsze jest to, że są oni otwarci na nowości, na rynek technologiczny, potrafią dostrzegać zalety i wady tego, co się w tym fotograficznym garnku pichci. Jedni zachwycą się danym producentem szkieł, drudzy mają fioła na punkcie sprzętu studyjnego, a trzeci nie wychodzą na spacer do parku bez odpowiedniego obiektywu w plecaku - np. takiego nikkora 600mm f/4G ED - bo w końcu ptaszki i wiewiórki telefonem trudno uchwycić. Wielu z nich ma gdzieś na półkach aparaty analogowe, stare zenity, polaroidy, a w ich szufladach pełno jest klisz oraz odbitek z poprzednich dekad. Niektórzy wciąż z analogowego sprzętu korzystają, a niektórzy też zagłębiają się w techniki bardziej "szlachetne", jak chociażby ambrotypia. Tacy oto, pasjonaci...
Druga grupa to ci nawiedzeni. I tu jest gorzej. Jeśli spotkasz na swojej drodze przedstawiciela tejże, lepiej uciekaj. Jeśli nie udało ci się uciec, w ogóle nie wdawaj się w dyskusje, a jedynie przytakuj cierpliwie i miej nadzieję, że sobie pójdzie. Chyba że masz do niego jakaś ważną sprawę, to możesz spróbować przebić się przez kolejne warstwy nawiedzenia i, być może, sam osiągniesz nirwanę. Kim są przedstawiciele tej drugiej grupy? To artyści z Powołania. Oni mają Misję, Cel, są ponad podziałami i ponad plugastwem doczesności. Nie interesuje ich matryca 100 mln pikseli ani 666 klatek na sekundę. Nie interesuje ich teoria strun, bezzałogowe loty w kosmos, odnawialne źródła energii, czy płatne autostrady. Oni mają swojego dwuobiektywowego Lubitela (hej! też mam!), pod zlewem trzymają wywoływacz, a w szafce na buty upchnęli koreks. Ale to nie tak, że po prostu ten Lubitel im wystarcza, bo "lubią na nim pracować". E-e. Oni pracują, ponieważ tylko Lubitel gwarantuje im życiowe Spełnienie. Tak właśnie. I jest pięknie.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz