środa, 2 października 2019

Jeszcze więcej światła! Jeszcze więcej złota!

Rozwoju osobistego ciąg dalszy.

Nie można cały czas robić tego samego. Jeśli powtarzasz w kółko te same schematy, prędzej czy później zaczynasz odczuwać dyskomfort. Czasem mniejszy, czasem większy. Coś ci nie leży. Niby fajnie i wiesz, co do czego dodać, ale jakoś nie tak. Chciałoby się zrobić coś inaczej, podejść z innej strony, coś poprzestawiać. Nawet nie wiesz, co dokładnie. Coś. Zróbmy coś innego, inaczej, z innego powodu. Albo i bez powodu.

 I tak jest czasem u mnie z fotografią i myśleniem o fotografii.

Pracuję falami. Potrafię nakręcić się niesamowicie na dany pomysł, włożyć w niego masę czasu i masę pieniędzy, żeby tylko przekonać się, czy mi się spodoba. Jeśli mowa o portretach i pracy z modelkami, to w lato włącza mi się tryb "topielicy" i najchętniej każdą napotkaną dziewczynę ubrałabym w powłóczystą kieckę i wrzuciła do wody. Niech walczy z materią, będą piękne zdjęcia. Na jesieni, na tę krótką chwilę, kiedy jeszcze jest słonecznie, a drzewa już robią się kolorowe, nawet nie potrzebuję modelek. Sztampowy jesienny krajobraz mi wystarczy, choć - rzecz jasna - romantyczna do bólu, długowłosa omdlewająca niewiasta, tarzająca się w liściach, jest doskonałym dodatkiem. Potem pogoda się psuje i przychodzi zima. I z zimą mam problem okrutny, bo nie potrafię funkcjonować na zewnątrz. Plenery zimowe bardzo mnie męczą, niezależnie od tego, ile par skarpetek mam na stopach i jak lekka jest moja puchowa kurtka. To wszystko jest niewygodne. Kurtka krępuje ruchy, rękawiczki przeszkadzają, aparat ciężko przełożyć przez głowę, bo ma się czapkę. A pod czapką włosy (do pasa), które potem są potargane, nastroszone i przemarznięte. Jak cała ja. 

To co dopiero musi czuć modelka? 

Tak więc jesienią i zimą... zimuję w domu. Szukam czegoś nowego, jestem otwarta na pomysły i sugestie. Jeśli tylko są ku temu warunki, mogę robić rzeczy kompletnie inne, niż zazwyczaj. Czas zimowy i ciemności o godzinie 15:00 sprzyjają poszukiwaniu celu istnienia i posiadania aparatu w czterech ścianach, bo nawet jeśli nocny widok miasta jest ciekawy, a długie naświetlanie może dać fajne efekty, to - patrz wyżej. Kurtka. Rękawiczki. Zimno. I jeszcze targaj statyw. 

Tak.

Tak więc jesienią i zimą wracam do studia. Wciąż mojego małego-domowego, ale w którym wiem, jak się poruszać i na co mogę sobie pozwolić. 

A mogę sobie pozwolić na coraz więcej i to jest strasznie fajne i strasznie motywujące.

Kiedy zaczynałam bawić się studiem, kupiłam, święcie przekonana, że to rozwiązanie idealne, tak zwane świetlówki fotograficzne. Ot, zwykła żarówa, gwint E27, włączasz, świeci, żadna filozofia. Trzeba było nauczyć się, jak to światło w ogóle pracuje, ile go jest, jakie daje efekty i nie wydać przy tym całej wypłaty. Czy to ma sens. Przez długi czas byłam przekonana, że tak, jest ok. Tak naprawdę stałam w miejscu i nie wiedziałam, co robię nie tak. Światła ciągle było mało. Mało i dużo jednocześnie. Za mało, żeby pracować na dobrych parametrach, a za dużo, żeby móc "wydobyć" postać z tła. Wszystko było jasne, photoshop i winieta na 60% aż sama się prosiła. A to dlatego, że bałam się światła błyskowego i nie potrafiłam przestawić się z myślenia w kategoriach "widzenia światła", a "przewidywania", jak się zachowa. Jestem tchórzem strasznym. Boję się zmian, nie umiem podchodzić do nich hurra-optymistycznie. Tak samo jak kupując pierwszą poważną lustrzankę (D90, pamiętamy!) nie potrafiłam zrozumieć, jakiego obiektywu muszę szukać i co oznacza 17-70mm, skoro do tej pory miałam po prostu zoom x3. Czemu te lepsze obiektywy też nie mogą mieć zoomu x3?

Aż w końcu coś pykło. 

I pykło na tyle dosadnie, że zakochałam się w nowych możliwościach. Owszem, nie ogarniałam ich na dzień dobry, ale przepaść była ogromna. Zupełnie inna plastyka, zupełnie inna głębia, kompletnie inne kolory. Tak, trzeba się nabluzgać, żeby to ogarnąć, trzeba kupić dodatkowy sprzęt, żeby zdjąć lampę z aparatu, ale... do świetlówek już chyba nigdy nie wrócę. Na pewno nie do zdjęć. Na pewno nie do zdjęć studyjnych. Na pewno nie jako do głównego źródła światła. Niech sobie świecą gdzieś w tle, jeśli trzeba wydobyć szeroki plan, albo rozświetlają wnętrze. I bez przesady. Wiem już, czym grozi używanie ich, wiem jak przekłamują kolory i jak wąskie spectrum pozwalają zarejestrować. Dalej je mam, oczywiście. Wkręcone w lampy do "użytku domowego" oraz "do remontów". Nic tak pięknie nie oświetliło mi klatki schodowej, jak świetlówka o mocy 125W, zamontowana na 3-metrowym statywie z ramieniem typu boom. Wszystko było widać. 

Ale czasem "wszystko" to za dużo. 

Błysk nie jest wcale trudny. 

Inaczej. Jest trudny. Trudny w tym sensie, że wymaga chwili zastanowienia i pokombinowania. Pracując na lampach reporterskich, bez światła modelującego, musisz opierać się trochę na matematyce, trochę na fizyce, a trochę na swoich pięciu klepkach. Poza doborem odpowiedniej mocy do ustawień musisz się zastanowić, co ci z tego przyjdzie. Gdzie ta lampa. Z której strony. Z jakim modyfikatorem. Czym one się różnią. Po co to komu. Jak ten modyfikator zamontować. Ilu przejściówek, uchwytów i redukcji potrzebujesz. Czym zastąpić uchwyt, którego zapomniałeś zabrać z domu. Dlaczego ten pieprzony wyzwalacz co chwilę się rozstraja. I tak dalej.

A tak w ogóle to czy jedna lampa wystarczy....?

I tak to się rozwija. Każde hobby jest cholerną, pędzącą na złamanie karku, lawiną. Ciągle się rozpędza, ciągle pożera coś nowego. Nie, jedna lampa nie wystarczy. To znaczy wystarczy, ale chcę drugą. Nie, nie chcę dwóch, chcę trzy. I chcę jakieś softboxy do tego, bo parasolek to nie lubię. Tak, softboxy, to będzie najlepsze. Z plastrem miodu, plaster miodu lepiej mieć, niż nie mieć, a zawsze można zdjąć przecież. Plaster miodu w softboxie montujesz na rzep, więc prawdopodobnie zdążysz zaciągnąć sobie nitki w dziesięciu bluzkach, zanim nauczyć się ostrożności. Warto. No. Ale one są na mocowanie lamp studyjnych typu bowens, a ja mam reporterkę, więc trzeba dokupić uchwyt. Uchwyty, dwa. Statywy. Tło jakieś. O czymś zapomniałam....?

Tak. O bateriach. 

Jak baterie to tylko eneloopy. I koniecznie te wielkie, grube, czarne! Czarne i grube są najlepsze.

I tak to wygląda... z roku na rok jest coraz gorzej ;)

A oto Valyen. Piękna, kreatywna i niesamowicie zaangażowana artystycznie kobieta (czy to już czas, żebyśmy mówiły o sobie per "kobiety", a nie "dziewczyny"?), której dawno dawno temu obiecałam, że zrobię jej studio. Sęk w tym, że dzieli nas na co dzień 300km, a ona nie może przyjechać do mnie. Cała Polska w cieniu Śląska. 

I wiecie co? Da się!











A przepis na sesję wyjazdową brzmi następująco:
  1. kupujesz samochód z odpowiednio dużym bagażnikiem (odpowiednio wcześniej)
  2. kupujesz organtynę (może być z marszu, jest tania)
  3. bierzesz pięć statywów 
  4. belkę do zawieszenia tła 
  5. rolkę tła
  6. jakiekolwiek klipsy, żeby ci to wszystko nie poleciało na łeb
  7. trzy adaptery bowens do lamp reporterskich
  8. octę 95cm z gridem
  9. dwa stripy 20x90cm z gridem
  10. trzy lampy 
  11. jeden aparat
  12. dwa obiektywy
  13. wyzwalacz do tego wszystkiego
  14. i Tomasza
  15. i baterie
  16. naprawdę mnóstwo baterii, żebyś nie musiał jak ciul latać na stację benzynową

i jest pięknie! 

Szczególnie jak Modelka ma zaprzyjaźnioną wizażystkę!

Za piękne czarne złoto dziękuję pozującej mi Songbird oraz cholernie zdolnej Astral za makijaż, którego w zasadzie nie musiałam korygować, tak pięknie się trzymał.

I Tomaszowi. Za to że jest <3 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz