Moja historyczno-sztuczna historia, od początku obrania właściwej drogi, związana była ze Śląskiem. Ów związek, nawet jeśli obecnie mniej bezpośredni, wciąż bardzo sobie cenię i staram się pielęgnować. Po przebrnięciu w czasie studiów przez wszystkie działy "musisz to wiedzieć!", takie jak rzymskie sarkofagi, gotyckie katedry, czy barokowe malarstwo, swoje zainteresowania zogniskowałam na tym, co dla Śląska charakterystyczne, czyli na szeroko rozumianej architekturze przemysłowej, ochronie zabytków i rewitalizacji obiektów poprzemysłowych. Wciąż zresztą, mimo 300 km oddalenia, ze zgromadzonej wiedzy korzystam - nieraz nawet z pożytkiem dla osób trzecich, czy to pojawiając się na występach gościnnych w muzeach (pozdrawiam Muzeum Śląskie oraz Muzeum Historii Katowic!), czy pomagając rozwiązywać iście detektywistyczne zagadki z zakresu "ty powinnaś wiedzieć, w którym roku to powstało...". Piękne to były czasy. I nawet jeśli "potem" przyszło mi region opuścić i pole zainteresowań poszerzyć (któż inny, jeśli nie Krupp, maczał w tym palce!), wciąż jestem wierna swojej Alma Mater i wciąż, kiedy tylko mogę, korzystam z okazji, żeby wpaść z wizytą.
Tym razem, łącząc przyjemne z pożytecznym, czyli szykując się do corocznego święta Szlaku Zabytków Techniki, zwanego Industriadą (relację popełnię w kolejnym wpisie), okazało się, że w jej przededniu ma miejsce jeszcze jedno wydarzenie - otwarcie ósmej już edycji Festiwalu Art Naif. Otwarcie, zaplanowane na piątek, 12 czerwca, zmobilizowało mnie do lekkiego nagięcia planów, wcześniejszego wyruszenia w podróż i pojawienia się w Galerii Szyb Wilson akurat na jej grande finale... albo raczej: grande inizio.
Cóż o samym Festiwalu? Mieszkańcom Górnego Śląska, szczególnie związanym z tradycją i kulturą przemysłową, twórczością śląskich artystów prymitywistów, tłumaczyć chyba zbyt wiele nie trzeba, bowiem jest to wydarzenie z roku na rok coraz głośniej i coraz ciekawiej promowane. Prezentując sztukę naiwną artystów z całego świata, pozwala w bardzo przystępnej, ciekawiej formie, przekonać się na własne oczy, co w artystycznej trawie piszczy i że sztuka współczesna to nie tylko niezrozumiałe, ideologicznie zaangażowane oraz kontrowersyjne twory. Ponadto, podczas Festiwalu spotkać się można nie tylko z Wielkimi Tego Świata, ale i z artystami początkującymi, wciąż amatorami w swym amatorstwie. Przyjmując formę otwartą, przeznaczoną nie tylko dla znawców, ale i niedzielnych turystów, bardzo kolorową i widowiskową, ożywia przy okazji wnętrza dawnej kopalni węgla kamiennego "Wieczorek", ulokowanej na granicy trzech katowickich dzielnic - Nikiszowca (skądinąd obecnie bardzo modnego w swym historycznym wydźwięku), Janowa i Szopienic. Współczesna, barwna i nieraz o bardzo skomplikowanej formie, sztuka naiwna: radosna, niepokojąca, jak i momentami posiadająca drugie, trzecie, czwarte, piąte dno, niesamowicie kontrastuje z surowymi, wyremontowanymi w stopniu niezaburzającym historycznego piękna, wnętrzami byłego szybu kopalnianego. Kto jeszcze w Szybie Wilson nie był - niech koniecznie znajdzie chwilę. Nawet jeśli sztuka współczesna nie leży w kręgu jego zainteresowań.
Kolejną cegiełką, która pomogła mi utwierdzić się w przekonaniu, że warto z Warszawy wyrwać się kilka godzin wcześniej, było obranie przez Organizatorów motywu przewodniego: Skandynawii... i nieprawdą jest, jakoby wiązało się to z moim obecnym fiołem na punkcie współczesnej, skandynawskiej aranżacji wnętrz (nie mylić z Ikeą, Ikea to nie wszystko). Rzecz jasna Art Naif nie zamyka się jedynie w Skandynawii, bo prezentuje w tym roku również prace artystów z Europy południowej, Ameryki Łacińskiej, Południowej, czy - a jakże! - z Polski, niemniej po całym dniu środkowoeuropejskiego lata, skwaru lejącego się z nieba oraz pojawiającej się coraz wyraźniej, niechcianej opalenizny, miło jest zanurzyć się w świat północny, w krainę wiecznej zimy oraz fauny i flory na naszym podwórku mniej oczywistej. Co ciekawe, jednym z najczęściej przewijających się motywów na tegorocznej wystawie są... koty. Koty w pełni kotowate, koty domowe, koty dzikie, koty-półludzie oraz koty-niekoty. Koty-obrazy, koty-rzeźby, koty-gadżety, koty-magnesy na lodówkę... Co prawda "czynną "kociarą nie jestem (pozdrawiam swoją alergię na kocią sierść), ale przyznać trzeba, że to jedne z najbardziej intrygujących zwierząt domowych... zaraz za niszczycielską siłą myszoskoczków, których jednak w Galerii, niestety, nie wypatrzyłam. Może pojawią się jako motyw przewodni za rok ;)
Toteż - tak było!
[przykład twórczości wybitnie nieskandynawskiej - tzw. malarstwo tingatinga, jedna z gałęzi współczesnej sztuki Tanzanii]
[jeden z akcentów polskich - Anna Przepióra]
[ponownie coś innego, niż Skandynawia - blaszane płaskorzeźby z Haiti]
[Kikka Nyren i jeden z kotowatych, Finlandia]
[Anna Tengli-Truchel, Polska]
[Lena Mandal, Dania]
[mój festiwalowy faworyt i jednocześnie bardzo twórcze odkrycie - Lital Katz, Izrael]
Wystawę można oglądać do 14 sierpnia, ale nie radzę czekać aż tak długo, żeby odkryć jej zawartość. Choć prawdopodobnie jej finisaż również będzie nagłośniony jako warte uwagi wydarzenie (jak w ubiegłym roku). Egoistycznie, bardzo się cieszę, że udało mi się pojawić na jej otwarciu, nawet jeśli wiązało się to z trudami wcześniejszej podróży, ogólną gonitwą oraz przeciskaniem się przez popołudniowe, katowickie korki uliczne :)
***
informacje nt. Festiwalu:


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz