niedziela, 14 kwietnia 2013

Vintage Passage - z wizytą na targach mody vintage


Etykieta "vintage" określająca ubrania, zawsze była dla mnie czymś magicznym, co, biorąc pod uwagę moje zainteresowania z zakresu kostiumologii, urasta do problemu dość poważnego ;) Bo w zasadzie co dokładnie słowo "vintage" oznacza? Obiektywną definicję trudno znaleźć, bo dla niektórych będzie to styl wyróżniających się z tłumu indywidualistów, dla drugich to popadanie w owej alternatywności w grubą przesadę. Gdzie zatem leży clou? Na przekór obydwu stronom - zapewne gdzieś pośrodku... 


Kiedyś rzeczy vintage szukało się w maleńkich secondhandach, albo w rodzinnych szafach, wśród ubrań, których "złote lata" już minęły. Potem pojawiło się allegro oraz rzeczy pokroju serwisu szafa.pl, gdzie "vintage" może być kompletnie wszystko, począwszy od spodni-rurek, na najzwyczajniejszych w świecie trampkach kończąc. W końcu ta etykieta wkroczyła do popularnych odzieżowych sieciówek i owa oryginalność, będącą punktem wyjścia, przemieniła się w magiczny sposób w produkcję masową. Czy metka H&M albo Zary nie kłóci się z ideą?




Mówiąc o stylu vintage, przede wszystkim zwraca się uwagę, że to pewien "powrót do korzeni" i przywracanie do łask tego, co było modne jakiś czas wcześniej. To swobodne łączenie różnych, nieraz bardzo kontrastujących ze sobą elementów. To coś jakby "retro", ale retro nie ortodoksyjne, bo chętnie łączone z nowoczesnością. Zdawać by się mogło, to taki misz-masz, powstający pod wpływem kaprysu, chwili, gdzie wygrzebana z dna szafy koszula staje się tym idealnym, wyróżniającym nas z tłumu elementem garderoby. 

Ja opinii wyrobionej w tym temacie nie mam. Czy jestem fanką? Nie... Ok, czasami tak, szczególnie jak sama coś upatrzę. Czy jestem przeciwniczką? Też raczej nie. W zasadzie mój stosunek jest w dużej mierze ambiwalentny, dlatego zapowiedziane na 13 kwietnia targi mody vintage uznałam za świetną okazję do wyrobienia sobie opinii, zasięgnięcia języka i przekonania się na własne oczy, co w tej estetyce z czym jeść, żeby wszyscy byli zadowoleni :) 


Targi odbyły się w warszawskim klubie Huśtawka przy ul. Brackiej i obfitowały w mnogości fasonów i krojów. Idealna okazja, żeby do woli szukać, przymierzać oraz zasięgać stylistycznych porad. Można było wypatrzeć świetne bluzki, sukienki, dodatki, nawet płaszcze i buty. A oprócz strojów - płyty winylowe. Kolorystyka rzeczy? Cała paleta barw. Od stonowanej bieli i beżu, poprzez intensywne czerwienie i fluorescencyjne róże. Materiał? Od koronek, przez bawełny, aż do skór... Biorąc pod uwagę ruch oraz ilość zainteresowanych, targi okazały się sukcesem. A ja wyszłam z nich trochę mądrzejsza.





Oraz, przede wszystkim, zakupowo-zadowolona, ale kwestie mojego portfela pomińmy milczeniem ;)




Natomiast wiem już, że wśród wszystkich wystawców, którzy pojawili się na targach, moim faworytem zostanie Matrioszka, którą na pewno prędzej czy później odwiedzę indywidualnie :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz