Jest we mnie jakiś romantyczny głód wrażeń, jakaś wewnętrzna siła, która pcha mnie w rejony nieznane. Takie, które obiecują złote góry i góry złota. Takie, które szepczą cichuteńko, zachęcająco, żeby wyzbyć się zahamowań, zmobilizować, spiąć w sobie i pokazać, na co mnie stać. Wykorzystać to jedno podejście, tę jedną próbę, krótką chwilę i powalić na kolana tłumy. Żeby wyjść ze swojej chłodnej pieczary na świat, chłonąć promienie słońca i produkować witaminę D, jakże potrzebną i jak często - o zgrozo - pomijaną w naszym umiarkowanym świecie. Iść przed siebie, do ludzi, do znajomych i nieznajomych. Iść z uśmiechem, z rozpromienionym obliczem, z dumnie uniesioną głową - ale i z odpowiednim dystansem do samego siebie, żeby nie przegiąć i nie wyjść na bufona. Bufonów nikt nie lubi. Nie można być "za dobrym" i wszystko mieć "naj". To źle brzmi. Nikt tego nie chce słuchać. Ale być sobą już można, tą najlepszą, realną, wersją siebie. Tak, to ja. Miło mi poznać. Tak, to ja robię te spoko zdjęcia. I to bez akcji w lightroomie. Heh.
Droga była długa. Jechaliśmy jakieś 40 minut. Ja, z tyłu, po skosie, względem kierowcy. Nie znam się na samochodach, ale ten był duży i wygodny w środku. Można się było relaksować, przymknąć oczy, posłuchać muzyki. Droga długa, ale gładka i pusta, dwu- a nawet chyba trzypasmowa momentami.
Poprzedniej nocy świętowaliśmy. Postanowiłam, że mając w planach pracowitą sobotę, nie będę przesadzać. Zjadłam pizzę, lasagne z soczewicą, wypiłam 2 czy 3 kolejki tequili i przysiadłam się do swojego, wcześniej przygotowanego, miodu typu trójniak. Lekki, sprawdzony, delikatny, nie wymaga sporządzania podstępnych drinków, gdzie nagle okazuje się, że pół szklanki to wódka. I ok, zniosłam to tak, jak powinnam, do domu wróciliśmy po 1:00, a ja w pełni sił (o ile o godzinie 1:00 można owe siły mieć) poszłam spać.
Często i szybko zmienialiśmy te pasy.
Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Myślałam, że po prostu otworzę te drzwi, porzygam się i wytoczę.
Jest we mnie jakiś romantyczny głód wrażeń, jakaś wewnętrzna siła, która pcha mnie w rejony nieznane. Kiedy rejony nieznane stają się znanymi, okazuje się, że uczucie euforii jest niebezpiecznie podobne do uczucia, jakby ktoś przyłożył ci sztachetą w nerki, a upadając, zaryłeś w piach. Taki rzeczny, drobniutki. Taki, który zgrzypi w zębach.
A kiedy już leżysz i dociera do Twoich nozdrzy całe bogactwo otaczającej Cię, skądinąd, pięknej przyrody - bo okazuje się, że miejsce, do którego trafiłeś, jest miejscem wręcz prześlicznym i godzinami mógłbyś podziwiać wszystkie jego detale - dochodzisz do wniosku, że ta żabia perspektywa jest całkiem spoko. A wśród traw to pierwsze wrażenie się zatarło. Razem z kredką, nałożoną na brwi.
Razem ze mną jechała Ultranebula.
Która nie musi być najlepszą swoją wersją, bo zawsze nią jest <3
Piękny pióropusz użyczyła Marzena Tamul.




