Maj dał mi w kość jak żaden inny miesiąc w przeciągu ostatnich kilku lat. Myślałam, że wreszcie będzie to dla mnie czas odpoczynku i relaksu, tymczasem wyszło coś zupełnie innego. Pomijając majówkę, którą spędziłam bardzo miło i kreatywnie, cała reszta to chodzący koszmar. Zaczynając od okropnej pogody, która pokrzyżowała (i dalej krzyżuje) 99% moich planów, przez problemy zdrowotne Ludzi, problemy zdrowotne Kotów oraz problemy zdrowotne Pojazdów Mechanicznych. Całe to Problematyczne Trio przełożyło się w piękny, tragiczny sposób na nasz czas wolny, którego praktycznie nie mieliśmy. Aż żal się przyznawać, ale do teraz nie oddałam w pełni materiału foto z majówki, co jest dla mnie jakimś nielogicznym kuriozum. Ale inaczej być nie może, skoro do domu, tak "ostatecznie" wracało się późnym wieczorem, a resztki wolnego czasu można było przeznaczyć już tylko na czynności domowe oraz całkowity, brutalny reset umysłu.
To znaczy Gra o Tron i memy z kotami. Z czego Gra o Tron była dodatkową męczarnią, no bo jezuchryste, tak się nie godzi. Czeka mnie jeszcze nadrobienie Czarnobyla, bo oglądałam tylko urywkami. Przy którejś kolacji Tomasz zaczął mi opowiadać jak paskudna jest choroba popromienna. Jadłam kanapkę. Spojrzałam na Tomasza, zapytałam, co jest paskudnego w oderwaniu (lub wytrąceniu, whatever) elektronu z atomu. No co? Ucieka ci elektron. Ucieka ci elektron z każdej maluteńkiej części twojego ciała. A moja matka zawodowo wykonuje gastroskopie.
Takie nasze rozmowy. 13 lat w związku. Zaraz 14, żeby być dokładnym.
Dzięki, Maju. Idź już w cholerę.
Dlatego tak sobie myślę, że chyba potrzebuję oddechu. Oddechu absolutnie od wszystkiego. Od chorych ludzi i chorych samochodów. Chore koty jeszcze musimy poniańczyć i w przyszłym tygodniu czeka nas wizyta u kociego stomatologa, co będzie dla mnie zupełnie nowym, ekscytującym doświadczeniem. Dla Kota Mniejszego, Tego Chorego, zapewne nie.
No ale ten "odpoczynek". Tak, zróbmy coś. A raczej: nie róbmy nic. Chrzanić ekonomię, Prawo i Sprawiedliwość i tak zaraz uzna, że nie jestem przedsiębiorcą. Nic na to nie poradzę, tak działa demokracja. Także chyba trzeba odpuścić. Zróbmy zdjęcia dla funu, pofoćmy koty (jak już będą zdrowe) oraz kwiatki w ogródku. Kupmy sobie coś dla przyjemności, albo - wręcz przeciwnie - wyłóżmy hajs na Coś Ważnego, wokół czego krążymy od jakiegoś czasu, ale nie możemy się zmobilizować. Jakiś obiektyw może? Moja Sigma 70-200 2.8 jest już lekko stara i ucieka jej AF. Podobne parametry ma Nikkor. Trzeba go w końcu ogarnąć, przyda się. I może na rowerze pojeździć, jeśli przestanie padać? Machnąć tak z 50km, to w sumie nic trudnego, kondycja jest. Pokłady złości, motywujące do wysiłku, również.
Miałam nie mieć planów, a chyba właśnie je robię. Nie wiem, czy umiem inaczej.
Miałam nie mieć planów, a chyba właśnie je robię. Nie wiem, czy umiem inaczej.
Ale przede wszystkim znajdę chwilę, żeby spokojnie poleżeć. Jak Magda, na załączonych obrazkach ;)
Swoją drogą, ta sesja była dla mnie olbrzymim zaskoczeniem. Złym i dobrym jednocześnie.
Złym, bo szlag mnie trafiał, kiedy co chwilę - CO CHWILĘ! - ktoś nas mijał, deptał i przepraszał tonem wyrażającym dziecięcy zachwyt nad zjawiskiem. "Och! Można? Ja tylko na momencik, już przemykam!", powiedziało 30 osób. No nie da rady. Jajo można znieść. I tak przez dwie godziny.
A czemu dobrym? Bo nie przypuszczałam, że w całym tym chaosie dam radę zrobić tak piękne kadry! Chociaż w 90% to zawsze zależy od Modelki. Ta była niesamowicie cierpliwa. Bardziej, niż ja.















