niedziela, 22 lutego 2015

* HANDMADE - ODCINEK I *

W mojej rodzinie - praktycznie w każdym pokoleniu - jest ktoś uzdolniony plastycznie bądź manualnie. Mój dziadek, z którym się wychowywałam, malował i rzeźbił, toteż w moim domu rodzinnym (i w kilku innych) są jego obrazy. Moja matka z kolei jest nieocenioną pomocą przy wszelkich zabiegach krawieckich i wielokrotnie szyła coś na moją prośbę bądź przerabiała suknie, które wpadły mi w ręce. Dorastając w takim środowisku i we mnie próbowano zaszczepić podobne pasje, choć byłam uczniem bardzo opornym. Wychodzę zresztą z bardzo praktycznego założenia, że skoro ktoś potrafi coś zrobić lepiej ode mnie, to zostańmy przy tym i nie próbujmy przebijać ściany głową.

/Z tego też względu, kiedy nastąpi przerwa w dostawie prądy i wyzerują się wszelkie zegary i budziki, ponowne ich nastawienie leży w gestii mojego mężczyzny. Ja nawet nie czytałam instrukcji obsługi.../

Ostatnio jednak coraz częściej spotykam się z osobami, które "coś" robią. I robią to naprawdę fantastycznie. Ubrania, dodatki, biżuterię tradycyjną, czy cuda-wianki stworzone z filcu bądź wełny. A ponieważ takich osób jest w moim otoczeniu coraz więcej, doszłam do wniosku, że to jednak nie może być aż tak trudne. Szczególnie, że - znów patrząc z perspektywy sesji zdjęciowych - niewielkie dodatki potrafią bardzo urozmaicić stylizację, a dostać je gotowe to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych. Nie zrozumcie mnie, proszę, źle, bo bardzo chętnie sprawiłabym sobie kunsztowny biżuteryjny bespoke i jestem pełna podziwu dla osób, które nie tylko robią takie rzeczy w wolnych chwilach, ale i zrobiły z tego swój sposób na życie, ale rozumując poprzez pryzmat pentagonalny, wolę te fundusze wrzucić do woreczka z napisem "trzecia lampa błyskowa", albo "plaster miodu do softboxa" ;) Ewentualnie kolejny gorset... albo kolejna suknia... albo... albo... albo... 

Aczkolwiek skoro już otaczają mnie utalentowani ludzie i skoro wszyscy oni twierdzą uparcie, że to, czym się zajmują, jest miłe, łatwe i przyjemne, postanowiłam się zmobilizować. W zasadzie to najbardziej natchnęła mnie niedawna sesja z Apsarą, która dysponuje tak niesamowitą ilością własnoręcznie wykonanych dodatków, że ukłucie zazdrości nie opuszcza mnie do dziś.



Tym samym zmobilizowałam siebie, swoją matkę ("masz jakieś szpargały...?"), swoją babcię, nieswoją babcię... i ze sporym zapasem rozmaitych koralików, wstążek, tasiemek, koronek, jak też z obcęgami oraz muzyką, która wprowadzałaby miły nastrój i niwelowała potok przekleństw płynący z moich ust, spędziłam ten weekend dość twórczo. I mam dwa nowe, zrobione "z niczego" mini-fascynatory. Mini. I lepiej wezmę słowo "fascynator" w cudzysłów. Niemniej, zrobiłam sobie krótki odpoczynek od aparatu, aby zająć palce czymś innym, niż tylko naciskaniem spustu migawki.

No dobrze, kłamałam. Robiłam zdjęcia w trakcie!
Proszę się nie śmiać. Starałam się ;) 










Przymierzam się również do uświnienia masą papier mache oraz do wykonania białego kokosznika. Ale zostawmy to na inną okazję. Może się nadarzy :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz